Fotografia podróżnicza

W perskiej gościnie

Wspomnienia z Iranu

Mieliśmy spędzić wakacje w Mongolii, potem w autonomicznej republice rosyjskiej Tuwie, aż w końcu, gdy wakacje były tuż tuż postanowiliśmy pojechać do Islamskiej Republiki Iranu. Ku zgrozie rodziny oraz niektórych znajomych dostaliśmy turystyczną wizę irańską, zakupiliśmy bilety lotnicze do Stambułu i drugiego sierpnia wyruszyliśmy na podbój Bliskiego Wschodu.

W pierwszej części naszej wyprawy,wędrowaliśmy po suchych i jałowych stokach gór Alborz. Zdobyliśmy najwyższy szczyt czyli dymiący wulkan Demawend o wysokości ponad 5600 metrów. Poznaliśmy wielu miłych i serdecznych Irańczyków, mieszkających u podnóża gór. Wspomnienia z tej części wyprawy są ciągle żywe w naszych sercach.
Nasza wyprawa do Iranu nie skończyła się jednak na trekkingu. Po wypadzie w góry planowaliśmy zwiedzić najpiękniejsze miasta tego kraju. Nasz plan był bardzo napięty szczególnie, że mieliśmy do dyspozycji tylko kilka dni, a chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej.

Teheran

Zaraz po przyjeździe do Teheranu, jeszcze przed eskapadą w góry kupiliśmy bilety na samolot: Teheran - Sziraz. Po powrocie z Demawendu, mając jeszcze jeden dzień wolny, postanowiliśmy zwiedzić stolicę "Islamskiej Rewolucji". Teheran okazał się koszmarnym molochem - z tysiącami starych, rozpadających się samochodów (payken), z kurzem i pyłem oraz odorem spalin, z niską ciągle remontowaną zabudową i milionami ludzi biegnącymi po ulicach nie wiadomo dokąd. Był to obrazek, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Największym niebezpieczeństwem, jakie na nas czyhało w tym ogólnym bałaganie były przejścia dla pieszych. Wszystkie próby przejścia jezdni, czy na świetle zielonym czy bez świateł kończyły się ucieczką spod pędzącego i trąbiącego na nas auta. Po pewnym czasie każde przejście przez ulicę wiązało się z wielkim stresem i obawą o własne życie.
Dzień w Teheranie spędziliśmy na zwiedzaniu Golestan Palace, czyli kompleksu pałacowego Szacha oraz bazaru i okolicznych parków. Upał i wszechobecny zgiełk wykończył nas całkowicie. Wieczór, który mieliśmy spędzić w towarzystwie naszego irańskiego znajomego z Internetu, był wielką niewiadomą i oczekiwaliśmy go w zniecierpliwieniu. Reza przyjechał pod nasz hotel o umówionej godzinie. Martini, jako największy z nas, zajął jak zwykle wygodne miejsce obok kierowcy a ja, Marcin, Fazi i Darek tłoczyliśmy się na tylnym siedzeniu. Jechaliśmy, mocno zużytym paykenem, do północnej części miasta. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej by zatankować dwadzieścia litrów benzyny płacąc za to około dolara. Po prawie godzinie dotarliśmy na wzgórze skąd rozpościerał się widok na całe miasto. Miasto to nie miało końca. Gdzieniegdzie wystawały pojedyncze wieżowce pogrążone wśród setek małych niskich domów. Późnym popołudnie dojechaliśmy do dzielnicy Darband. Ledwo co udało nam się znaleźć miejsce na samochód. Zadziwieni zobaczyliśmy, że dzielnica ta po zachodzie słońca żyje własnym życiem. Od parkingu wzdłuż wąskiej uliczki wijącej się do góry, wśród skał, znajdowało się pełno restauracyjek i czajhan, gdzie można było napić się herbaty, zjeść obiad i zapalić fajkę wodną. Zasiedliśmy w jednej z czajhan w górnej części dzielnicy. Siedzieliśmy na wygodnej tahcie, czyli jakby dużym łóżku umieszczonym na wysokich nogach. Jedliśmy pyszne kebaby, piliśmy jogurt i herbatę. Obok płynął strumyczek, a górskie świeże powietrze pozwalało swobodnie oddychać. W okolicy wszystkie miejsca były zajęte. Przychodzili tu całymi rodzinami mieszkańcy Teheranu. Można też było zauważyć zakochanych na randce. Były to dla nas niespotykane widoki.
Następnego dnia o świcie jechaliśmy taksówką na lotnisko. Było jeszcze bardzo wcześnie, jednak na ulicy był już spory ruch. Nasz taksówkarz gnał z niesamowitą prędkością niezważając na inne pojazdy. Nagle na rondzie, ku naszej zgrozie, skręcił w lewo pod prąd. Wymijając sprawnie nadjeżdżające z naprzeciwka samochody, skręcił w najbliższą uliczkę i pojechał dalej. Jeszcze długo nie mogliśmy opanować osłupienia. Jak się później okazało czekało nas jeszcze wiele niespodzianek w podróżowaniu z irańskimi kierowcami.

Persepolis

Przelot minął nam w bardzo miłej atmosferze. Byliśmy jedynymi turystami w samolocie, więc wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się nam. Stewardesy, które przynosiły napoje były oczywiście w czadorach... Po przylocie do Sziraz, zaraz z lotniska udaliśmy się taksówką do starożytnej stolicy Persji - Persepolis. Kierowca zaoferował się, że na nas zaczeka, a my wielce zaciekawieni ruszyliśmy na podbój pradawnego miasta.
Persepolis, staroperska Parsa, było miastem założonym przez Dariusza I w 518 roku p.n.e. Była to stolica władców Imperium Achemenidów: Dariusza I, Xerxesa I i II oraz Artaxerxesa I, II i III. Miasto pełniło funkcje rezydencjonalne i sakralne. Pałac został zbudowany jako miejsce, gdzie miały odbywać się obchody święta Nouroz, czyli perskiego nowego roku, przypadającego na wiosenne zrównanie dnia z nocą. Do głównej bramy miasta prowadziły monumentalne podwójne schody, zbudowane z pojedynczych, dość wąskich bloków skalnych. Gdy pokonaliśmy liczące sobie ponad dwa i pół tysiąca lat schody, oczom naszym ukazała się kolosalna brama. Brama Xerxesa, zbudowana w V wieku p.n.e, nazywana była Bramą Wszystkich Ludów. To tędy ludy z całego imperium, raz do roku znosiły daniny i dary dla swego władcy. Wszystkie te kosztowności, tkaniny, a także zwierzęta i sprzęt codziennego użytku były gromadzone w mieście. Przekroczyliśmy bramę Xerxesa, mijając umieszczone na szczytach kamiennych bloków, posągi dwóch uskrzydlonych byków. To kamienni strażnicy, którzy swym kształtem i wielkością, mieli odstraszać potencjalnych wrogów. Jednak na niedługo... W 330 roku p.n.e. Persepolis zostało zdobyte, zrabowane i zniszczone przez Aleksandra Wielkiego. Była to ponoć zemsta za zniszczenie Aten przez Xerxesa, około sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Aleksander Wielki opróżnił wszystkie skarbce, a ich zawartość wywiózł na trzydziestu tysiącach wielbłądów i piętnastu tysiącach mułów. Tak olbrzymie było bogactwo ówczesnego Persepolis. Po tym upadku miasto nigdy nie odrodziło się. Legło w piaskach pustyni na wiele wieków.
Powoli wkraczaliśmy do wnętrza miasta. Dookoła było cicho i pusto, z nieba lał się żar południowego słońca. Spacerowaliśmy wśród pięknie rzeźbionych bloków skalnych. Na każdym z nich widniał zupełnie inny obraz. Na jednym znajdowała się postać Dariusza I siedzącego na tronie i przyjmującego posłańców z daninami. Podwładni z dwudziestu ośmiu krain, w pokłonach składali hołd swemu panującemu. Podziwialiśmy z zachwytem każdy detal. Każda z przedstawionych postaci niosła coś w darze, to złoty kielich lub wazon, kozę lub drób, kosztowności i precjoza. Przechadzaliśmy się dalej wśród kamiennych rzeźb. Cisza i otaczające miasto pustkowie nadawało tajemniczości i mistycyzmu temu miejscu. Weszliśmy do zniszczonej sali, gdzie pozostały tylko resztki kolumn. Była to niegdyś sala tronowa Artaxerxesa, która posiadała 100 kolumn, każda po 9 metrów wysokości. Wreszcie dotarliśmy do jednego z najwspanialszych miejsc w Persepolis do Wielkiej Apadany, czyli do sali audiencyjnej. Do sali prowadziły osobne schody bogato zdobione reliefami przedstawiającymi motywy figuralne, roślinne i zwierzęce. Pomieszczenie to miało powierzchnię blisko tysiąca metrów kwadratowych, a dach wspierało kiedyś trzydzieści sześć dwudziestometrowych kolumn. To tutaj, w czasach starożytnych, w największej sali kolumnowej, pełnej przepychu i bogactwa, władcy Persepolis przyjmowali poddanych z darami i daninami.
Na końcu naszej wędrówki dotarliśmy na obrzeża Persepolis, gdzie znajdowały się dwa grobowce wielkich Achemenidów - Artaxerxesa II i III. Z tego miejsca rozpościerał się fenomenalny widok na całe starożytne miasto, które w większości otoczone było górami. Widać było potęgę i moc ówczesnych władców, którzy wznieśli tak majestatyczne budowle.

Sziraz

Wróciliśmy do Sziraz i po dość długim grymaszeniu zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli. Pan w recepcji o dziwo nie protestował, że będę mieszkać w pokoju z czterema chłopakami. Po małym posiłku w pobliskim fast foodzie, ruszyliśmy w miasto. Sziraz był jednym z ważniejszych ośrodków miejskich w dawnej Persji. Obecnie również odgrywa istotną rolę, ale jako miejsce gdzie kwitnie kultura, sztuka oraz kształci się przyszła inteligencja irańska. To tu znajduje się wiele uniwersytetów i szkół wyższych. Sziraz kojarzy się także z kwiatami, słowikami, poezją, ze względu na dużą ilość parków, skwerów i ogrodów, gdzie można odpocząć i zadumać się nad pięknem przyrody. W Sziraz znajduje się jedno z ważniejszych świętych miejsc dla szyitów - mauzoleum Króla Lampy. Postanowiliśmy zobaczyć to słynne miejsce.
Na dziedziniec budowli prowadziło zdobione bogato mozaiką wejście. Widząc zmierzające tam tłumy pielgrzymów, postanowiliśmy od razu zobaczyć, co kryje się za tą bramą. Nim jeszcze zdążyliśmy wprowadzić w czym nasze myśli, zatrzymał nas mężczyzna i wskazując na mnie (jedyną kobietę w grupie) kazał iść do wypożyczalni czadorów. W miejscu gdzie wydawali te płachty utrudniające życie, kłębił się tłum kobiet. Na migi wytłumaczyłam, że też chce taką czarną szmatkę. Dostałam czarny czador w białe eleganckie kwiaty. Stojące obok dziewczyny pomogły mi go założyć i już "przyzwoicie" ubrana mogłam rozpocząć zwiedzanie. Mauzoleum Shah-e Cheragh wybudowane zostało w XIV wieku, w miejscu grobu Sayyeda Mir Ahmada, który zmarł lub został zamordowany w Szirazie w 835 roku n.e. Od chwili wybudowania mauzoleum do czasów współczesnych Sziraz jest bardzo ważnym miejscem pielgrzymek szyitów. Do wnętrza mauzoleum prowadziły dwa wejścia jedno dla mężczyzn drugie dla kobiet. Musiałam pokonać lęk i samotnie przekroczyć próg tej cudownej budowli. Wnętrze, jakie ujrzałam po swojej "damskiej" stronie zapierało dech w piersiach. Ściany i sufit mieniły się tysiącem kolorów, gdyż cała ich powierzchnia wyłożona była milionami małych lusterek, które odbijały światło. Dodatkowo klimatu dodawało zielone oświetlenie, które odbijając się i dając setki refleksów tworzyło niesamowity i niepowtarzalny klimat. We wszystkich pomieszczeniach modliły się szyitki klęcząc, siedząc w kucki lub pochylając się w stronę grobu. Wokół ozdobionego srebrem sarkofagu tłoczyły się kobiety, by dotknąć choć fragmentu świętego miejsca. Co ciekawe druga część grobu znajdowała się po "męskiej stronie" mauzoleum, gdzie modlili się i wypoczywali panowie. Wszystkie kobiety patrzyły się na mnie bardzo przyjaźnie uśmiechały się, ale żadna nie rozpoczęła rozmowy. Samotnie przechodząc z sali do sali, po miękkich bogato zdobionych dywanach, podziwiałam mieniące się ściany i sufit, które przytłaczały przepychem. Mauzoleum Króla Lampy było ciekawym miejscem, gdzie mogliśmy obserwować modlących się szyickich pielgrzymów.
Wieczór spędziliśmy w ogrodzie Hafeza. Można tu było napić się herbaty, zapalić fajkę wodną oraz porozmawiać z mieszkańcami miasta.

Bam

Nocnym autobusem dotarliśmy do Kerman, a następnie do Bam. Zakwaterowaliśmy się w jednym z hotelików, gdzie ku uciesze chłopaków pracowała bardzo ładna młoda Iranka. Po krótkiej drzemce i przeczekaniu największego upału, poszliśmy zobaczyć cel naszego przyjazdu do Bam - pradawne gliniane miasto. Po bezowocnej kłótni w kasie o cenę biletu, płacąc za normalny bilet, przekroczyliśmy bramę otoczonego wysokim murem miasta. Miasto to miało ponad 2000 lat. W czasach, gdy ze wschodu na zachód Jedwabnym Szlakiem podążały karawany, Bam był oazą na południowej nitce szlaku prowadzącej nad Zatokę Perską. Wraz z upływem czasu Bam ze zwykłego karawanseraju przekształcił się w ufortyfikowany zajazd, gdzie zatrzymywali się kupcy. We wnętrzu ujrzeliśmy wybrukowane uliczki i korytarze oraz regularną miejską zabudowę. Miasto było opustoszałe, nikt nie spacerował ulicami, nie handlował na bazarze, nie kąpał się w łaźni, ani nie modlił się w meczecie. Idąc krętymi uliczkami do serca miasta ujrzeliśmy górującą nad pozostałą zabudową potężną warowną fortecę. Była ona otoczona kilkoma pierścieniami potężnych murów z surowej cegły, z których wyrastały półkoliste wieże. Mijając koszary wojskowe i wdrapując się na mury fortyfikacji, zdobyliśmy najwyższy punkt w mieście. Z tej perspektywy Bam wyglądał jak makieta miasta wybudowana dla jakiejś wielkiej produkcji filmowej. Aż trudno było sobie wyobrazić, że to niesamowite dzieło rąk ludzkich powstało tyle setek lat temu. W drodze powrotnej spacerując uliczkami twierdzy, które tworzyły swoisty labirynt, wciąż napotkaliśmy budynki przypominające medresy, meczety, zabudowę bazaru oraz domy mieszkalne. Wszystko to tonęło w promieniach zachodzącego słońca. Wystarczyło na chwilę zamknąć oczy, by wyobrazić sobie jak miasto to tętniło życiem, po ulicach chodzili ludzie, a na bazarze kwitł handel złotem, jedwabiem i kosztownościami.

Kerman

Następnego dnia rano ruszyliśmy z powrotem do Kerman. Droga dłużyła się niemiłosiernie, szczególnie, że prażące słońce zrobiło z naszego autobusu rozgrzaną, duszną puszkę. Zaraz po przyjeździe skierowaliśmy nasze kroki na bazar. Odszukaliśmy jedną z czajhan, w której odpoczęliśmy po trudach podróży, pijąc pyszną herbatę. Dolatujące zapachy z kuchni nie pozwoliły nam na tym poprzestać. Mimo wczesnej pory uraczyliśmy się tradycyjnym obiadem z ryżem, kebabem, zimnym kefirem i irańskim pieczywem. Po sytym jedzeniu postanowiliśmy ruszyć na zakupy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że o tej porze Irańczycy mają przerwę na obiad i odpoczynek. Spacerowaliśmy, więc podziwiając ciekawą zabudowę bazarów. Kermański bazar sięga swoją historią początków XIV wieku. Miasto znajdowało się na trasie Jedwabnego Szlaku, więc zatrzymywały się tutaj karawany i kwitł handel wymienny towarami płynącymi ze wschodu na zachód i zachodu na wschód. Po kilku godzinach doczekaliśmy się wreszcie otwarcia kramów. Jak się okazało można tu było kupić wszystko poczynając od współczesnych sprzętów domowego użytku, przez ubrania, do pamiątek, wyrobów ze złota i miedzi. Zakupiliśmy przyprawy: imbir, kurkumę, szafran i gałkę muszkatołową, trochę miedzianych naczyń i piękne wyroby z tkanin. Czas naglił trzeba było jechać do Jezdu.

Jezd

Do Jezd dotarliśmy w środku nocy. Taksówką dojechaliśmy do hoteliku w centrum miasta i po krótkiej drzemce, trzeba było wstawać i ruszać na podbój starego miasta. Stara dzielnica Jazdu, to pradawne miasto założone w około XI wieku. Obecnie uznawane jest za jedno z najstarszych miast na świecie zachowane w tak doskonałym stanie, które zapisane jest na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Gdy zaczęliśmy przechadzać się duktami tego "muzeum", szybko przekonaliśmy się, że stare domy są nadal zamieszkałe, a gdy upał i skwar nie dokucza ulice i place tętnią życiem. Całe miasto zbudowane było z gliny. W palącym słońcu, w którym przyszło nam chodzić, mieniło się odcieniami żółtego i pomarańczowego koloru. W krajobrazie miasta dominowały charakterystyczne dla tego obszaru wieże wiatrowe. Wieże te w przeszłości, jak i dzisiaj, pełniły funkcje wentylatorów, dzięki którym w mieszkaniach, na bazarach i w większości korytarzy było świeże, chłodniejsze powietrze. Wysokie ściany budynków, przykryte dachami korytarze i przejścia, dawały cień i ulgę od palącego słońca. Mogliśmy tam przystanąć i chwilkę odetchnąć. Spacerując dalej ulicami i korytarzami starego miasta mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w labiryncie, na szczęście nie było tu ślepych uliczek. Zauważyliśmy, że wejścia do domów są bardzo charakterystyczne i wcześniej nie spotykane. Były to drewniane drzwi z dwiema kołatkami, jak się później dowiedzieliśmy, z męską i damską. Każda z nich była tak zrobiona, że wydawała inny dźwięk. Kobiety używały jednej, a mężczyźni drugiej kołatki tak, aby gospodyni domu wiedziała, kto idzie i czy musi zasłonić twarz przed mężczyzną... Idąc dalej po starych brukowanych uliczkach widzieliśmy kilka kobiet w czarnych czadorach, przemykających się w cieniu ścian. Wszystkie unikały naszego wzroku i zasłaniały szczelniej twarz przed obiektywem aparatu. Na obrzeżach starej zabudowy ujrzeliśmy strzeliste minarety meczetu. Był to dominujący nad miastem meczet piątkowy wybudowany w 1325 roku. Iwan, czyli fasada głównego wejścia, imponowała niespotykaną wysokością, liczącą aż 104 metry. Portal posiadał ceramiczną okładzinę w unikalne finezyjne wzory. Stojąc przy wejściu człowiek czuł się bardzo malutki. Wnętrze meczetu, było ozdobione jaspisem i ceramiką. Wszędzie panował niepodzielnie kolor niebieskozielonej mozaiki. Wróciliśmy do centrum by zobaczyć zabytek, z którego słynie Jezd - Amir Chakhmaq. Jest to jedna z charakterystycznych i niezwykłych budowli w Iranie. Posiada trzypoziomową fasadę, z symetrycznie położonymi wieżami. Mogliśmy ją podziwiać o różnych porach dnia, gdyż widać ją było z okna naszego pokoju hotelowego. Budowla najpiękniej wyglądała nocą, gdy cała była podświetlona delikatnym światłem i odbijała się w pobliskim basenie.
Jeszcze przed zachodem słońca postanowiliśmy pojechać na obrzeża miasta zobaczyć świątynię zaratusztriańską i tajemnicze wieże milczenia. Z Jazdem ściśle wiąże się religia zaratusztriańska, która liczy sobie już ponad 2500 lat i jest jedną z najstarszych żywych religii świata obok hinduizmu i judaizmu. Do tej pory mieszkają w tym mieście wyznawcy tej religii. Gdy dotarliśmy na miejsce, słońce swymi zachodzącymi promieniami oświetlało dwa wzgórza i resztki zabudowy świątynnej. Na tych wzgórzach w dawnych czasach składano ciała zmarłych. Zaratusztrianie nie mogli zanieczyszczać zwłokami ziemi i ognia, dlatego wiatr, palące słońce i dzikie zwierzęta rozprawiały się z ciałem zmarłego. Wdrapaliśmy się na jedną z wież i podziwialiśmy zachodzące za pobliskie góry słońce.

Isfahan

Ostatnim miastem, jakie zobaczyliśmy w Iranie był Isfahan. Po przybyciu do Isfahanu i zakwaterowaniu w eleganckim hoteliku, ruszyliśmy na podbój miasta. Jako pierwszy cel wybraliśmy największy w Iranie, bo liczący sobie 30 000 metrów kwadratowych, meczet piątkowy. Płacąc słono za wejście, co później stało się już normalne, weszliśmy do wnętrza budowli pochodzącej z XI wieku. Podziwialiśmy gigantyczny dziedziniec oraz cztery olbrzymie iwany wieńczące wejścia do wewnętrznych sal. Meczet ten nie był zdobiony mozaiką, ani glazurowanymi płytkami. Ściany pokryte były kaligraficznymi inskrypcjami i dekoracyjnymi motywami roślinnymi i geometrycznymi wyrzeźbionymi w glinie. Opuściliśmy tą gigantyczną budowlę i udaliśmy się w kierunku najatrakcyjniejszego miejsca w Isfahanie - na Plac Imama Chomeiniego. Przechodząc przez bazar, gdzie znajdowały się kramy, łaźnie i czajhany, dotarliśmy na plac w kształcie prostokąta o wymiarach 512 na 160 metrów, który powstał w 1612 roku. To tu zatrzymywały się karawany przybywające do miasta by wypocząć lub wymienić towary. Tutaj też odbywała się gra w polo, którą pasjonował się władca. Wreszcie i tutaj odbywały się egzekucje skazańców oraz parady wojskowe. Plac otoczony był ze wszystkich stron regularną i jednolitą dwupiętrową zabudową, nadającą majestatyczny wygląd. Obecnie mieściło się w nich około 180 sklepików, które także w przeszłości pełniły swoją funkcję. Wzdłuż placu wznosiło się wiele majestatycznych budowli, najpiękniejszych w świecie islamskim i najpiękniejszych, jakie dotąd widzieliśmy w Iranie. Z jednej strony placu znajdowała się pochodząca z początku XVII wieku brama Ali Kapu, wiodąca do pałacu, w którym mieszkał w przeszłości szach. Naprzeciw Ali Kapu wznosił się królewski meczet noszący imię Loft Allaha wybudowany w 1602 roku. Portal tego meczetu wykładany był ceramicznymi płytkami w niebieskiej tonacji. Kopuła przykrywająca meczet lśniła niczym złota kula. Główną budowlą przy placu był wielki meczet Imama, zbudowany w latach 1612-1616.
Powędrowaliśmy z bijącym sercem do meczetu Imama. Wejście do meczetu zdobił ogromny portal o szerokości 35 metrów, obłożony niebieską mozaiką oraz dwa smukłe minarety o wysokości 45 metrów każdy. Na wewnętrznym dziedzińcu meczetu, w basenie wypełnionym wodą odbijały się niebiesko-złote cztery potężne iwany. Dziedziniec otoczony był dwoma piętrami arkad, wykończonymi niebieskozieloną ceramiką, która lśniła w popołudniowym słońcu. Kopuła nad główną salą modlitewną błyszczała niczym turkusowa kula na tle niebieskiego nieba. To wszystko zapierało dech w piersiach. Weszliśmy do sali modlitw, która oświetlana była przez promienie słońca wpadające małymi okienkami. Kopuła znajdująca się nad nami, od poziomu posadzki wznosiła się na 30 metrów. Na zewnątrz zwieńczona była iglicą z pozłacanego brązu w formie półksiężyca. Wnętrze sali modlitw wyłożone było błękitnymi płytkami ceramicznymi, które kontrastowały z żółtozłotą rozetą w szczycie kopuły. Stając dokładnie pośrodku pod kopułą i wymawiając jakieś słowo, słyszało się jak echo powtarzało je kilka razy. Mimo przepychu, nigdzie nie czuliśmy się przytłoczeni bogactwem. Wszędzie widzieliśmy mozaiki i malowidła przedstawiające kwietne bukiety, łodygi, wiązanki i wstęgi, pąki i pełne kwiaty, wazy, z których wychodziły gałązki. Żal było wychodzić z tego magicznego miejsca.
Zafascynowani pięknem i efektownością meczetu Imama, powędrowaliśmy na inną stronę placu Chomejniego, by zobaczyć meczet Loft Allaha. Meczet ten nie posiadał żadnego minaretu. Jak się później przekonaliśmy nie posiadał on także dziedzińca, co było ewenementem w Iranie. Przekroczyliśmy próg budowli zwieńczony pięknym portalem i przechodząc ciemnym korytarzem wykładanym ceramiką doszliśmy do wnętrza o cudownych zdobieniach. Kwadratowa sala była całkowicie wyłożona niebieskimi płytkami. Przykrywała ją kopuła z przepiękną złotą rozetą, która posiadała misterną sieć ornamentów. Na ceglanym tle występowały motywy roślinne na przemian z inskrypcjami. Usiedliśmy na podłodze i podziwialiśmy to cudne wnętrze. W kopule znajdowały się okna z ozdobnymi kratownicami, przez które wpadało światło i w zależności od pory dnia oświetlało salę modlitewną. Rano jej wnętrze było żółtozłote, popołudniu pomarańczowe, a wieczorem lekko różowe. Spędziliśmy tu ponad godzinę, odpoczywając od żaru panującego na zewnątrz i sycąc nasze oczy tym fenomenalnym widokiem.
Po spenetrowaniu sklepików otaczających plac Chomejniego i posileniu się kebabem w restauracji, udaliśmy się nad rzekę Zajandę, przepływającą przez Isfahan. Nim tam dotarliśmy, częściowo na piechotę, a częściowo taksówką, zrobiło się zupełnie ciemno. Nad rzeką było mnóstwo ludzi, całe rodziny z dziećmi, a nawet pary damsko-męskie. Idąc wzdłuż rzeki dotarliśmy do mostu Trzydziestu Trzech Łuków, zbudowanego na początku XVII wieku. Most ten mający długość 300 metrów, był pięknie podświetlony. Jego odbicie mieniło się w płynącej korytem wodzie. Na środku mostu znajdowała się jezdnia dla wozów konnych i karawan, natomiast po bokach były specjalne kryte chodniki dla pieszych. Arkady nad chodnikiem dawały zbawienny cień dla wędrowców podczas niemiłosiernych upałów. Przeszliśmy po moście na drugą stronę rzeki, a wracając wstąpiliśmy do czajhany mieszczącej się po środku przeprawy. Delektując się chłodną bryzą rzeki smakowaliśmy pyszną irańską herbatę. Po odpoczynku poszliśmy w dół rzeki, by zobaczyć kolejny cudownie podświetlony most. Chawdżu to most-zapora wzniesiony w około 1650 roku. Ten most-zapora miał zapewnić miastu wystarczającą ilość wody podczas suchych okresów. Dodatkowo stał się kolejną przeprawą przez rzekę, z krytą ścieżką dla pieszych i połączył brzegi miasta. Na tym moście również znajdowała się czajhana. Nie omieszkaliśmy usiąść na chwilę, by zapalić fajkę wodną i znów napić się herbaty. Po zasłużonym odpoczynku mimo zmęczenia postanowiliśmy jeszcze raz pojechać na plac Imama Chomejniego. Spodziewaliśmy się, że przepiękne budowle przy placu będą podświetlone. Nie pomyliliśmy się. Plac wyglądał bajecznie. Meczety i pałac Ali Kapu mieniły się w blasku lamp. Dodatkowo splendoru dodawały im odbicia w wodach basenów znajdujących się na placu. Był to istny raj dla naszych zmęczonych oczu, ale też i dla aparatów... Isfahan był cudownym miastem, które pozostawiło w naszych umysłach niepowtarzalne wrażenie.

Nasza podróż po Islamskiej Republice Iranu dobiegła końca. Z żalem opuszczaliśmy ten kraj i żałowaliśmy, że wszystko musieliśmy zwiedzać w tak zawrotnym tempie. Zabytki, piękne ogrody, bazary oraz napotkani po drodze ludzie na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.