Fotografia podróżnicza

Relacja z wyprawy "Tien Szan 2001"

Jak to się zaczęło?

Przygotowania wyprawy do Środkowej Azji rozpoczęliśmy na początku tego roku. Okazało się, że na terenie Polski jest tylko ambasada Kazachstanu, a my zamierzaliśmy dotrzeć jeszcze do Kirgistanu i Uzbekistanu. W miarę aktualne wiadomości o byłych republikach ZSRR, które chcieliśmy odwiedzić, czerpaliśmy jedynie z Internetu. Dodatkowo z Ministerstwa Spraw Zagranicznych dochodziły sprzeczne informacje o wojnie na południu Kirgistanu. Przez dwa miesiące szukaliśmy odpowiedniej agencji turystycznej, która pomogłaby nam w załatwieniu wszystkich, niezbędnych formalności w Kirgistanie. Chcieliśmy uzyskać wyłącznie oficjalne zaproszenie, rejestrację na milicji oraz pozwolenie na trekking w górach. Do końca nie byliśmy pewni czy ktoś nam w tym nieznanym kraju pomoże.

Ponad miesiąc przed planowanym wyjazdem pojechaliśmy do Brześcia Białoruskiego. Kupiliśmy tam bilety kolejowe na pociąg relacji Brześć - Moskwa i Moskwa - Biszkek. Bilety te były nam także niezbędne do uzyskania tranzytowej wizy kazachskiej, gdyż jadąc pociągiem do Kirgizji trzeba przejechać przez Kazachstan. Mimo długich przygotowań, zbierania informacji nadal jechaliśmy w nieznane.

Podróż.

Dnia 11 lipca bieżącego roku wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa - Terespol. Po odprawie na granicy polsko-białoruskiej dojechaliśmy do Brześcia, pierwszego miasta na naszym szlaku, które należało niegdyś do Związku Radzieckiego. Z Brześcia udaliśmy się nocnym pociągiem do Moskwy. Podróż nie była zbyt przyjemna, gdyż jechaliśmy w trzeciej klasie, w tak zwanym wagonie "plackartnym". Obok nas leżało około sześćdziesiąt osób, od których nie oddzielały nas drzwi, ani ściany. Do Moskwy dotarliśmy po około dwunastu godzinach, wczesnym rankiem. W stolicy Rosji, mieliśmy jeden dzień na zwiedzenie miasta, gdyż pociąg, którym mieliśmy dojechać w głąb Azji, odchodził późnym wieczorem. Wreszcie około północy, zmęczeni całodniowym zwiedzaniem Moskwy wsiedliśmy na Dworcu Kazańskim w pociąg relacji Moskwa - Biszkek. Mieliśmy przed sobą trzy i pół doby w podróży, a za oknami zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy. Równiny Rosji, stepy Kazachstanu, półpustynie i wyschnięte jeziora, wielbłądy, pełne folkloru stacje oraz pociąg pozbawiony jakichkolwiek wygód - znów podróżowaliśmy "plackartą". Dojechaliśmy do Biszkeku, byliśmy blisko pięć tysięcy kilometrów od Polski.

Pierwszy etap wyprawy - Pasmo Terskiej Ałatau.

W stolicy Kirgistanu zmuszeni byliśmy załatwić mnóstwo formalności związanych z przebywaniem i trekkingiem w górach. Pomocna okazała się jedna z kirgiskich Agencji Turystycznych. Za jej pośrednictwem otrzymaliśmy wszystkie potrzebne pozwolenia i ruszyliśmy w nieznane. Pociąg zamieniliśmy na wynajęty samochód osobowy. Do Karakol, niewielkiego miasteczka położonego na wschodzie Kirgistanu, na południowym brzegu Jeziora Issyk-Kuł, dotarliśmy późną nocą. Następnego dnia, po nocy spędzonej w niewielkim, obskurnym hoteliku ruszyliśmy w góry. Dzięki ogromnemu Ziłowi z napędem na sześć kół wjechaliśmy w Dolinę Karakolską. Drogę od piargów i łąk odróżniała tylko cienka linia kół. Ten delikatny rysunek dawał nam nadzieję, że za otaczającą nas pustką jest jeszcze choć cień cywilizacji. Dotarliśmy do "Alpłagier Karakolka". Było to obozowisko rosyjskich turystów położone u zbiegu dolin On-tor i Kel-tor na wysokości blisko trzech tysięcy metrów. Baza złożona wyłącznie z kilku niewielkich namiotów dawała poczucie bezpieczeństwa. Byliśmy na "końcu świata" mając wokół tylko góry, góry i góry. Następnego dnia wstaliśmy dość wcześnie. Zamierzaliśmy "złapać" aklimatyzację, gdyż to tak naprawdę był nasz pierwszy dzień w górach. Zaczęła się "ciężka praca", noga za nogą, coraz wyżej ponad dno doliny, niesamowite widoki - tak będzie przez najbliższe tygodnie. Coraz częściej wysokość dawała znać o sobie bólem głowy i ogólnym zmęczeniem organizmu. Wznosiliśmy się bardzo powoli do góry. Trudności rosły z każdą chwilą. Początkowo szerokie, trawiaste zbocze zmieniło się w strome rumowisko skalne. Zdobyliśmy pierwszą, czterotysięczną przełęcz. Kolejne dni, choć podobne do siebie rytmem: pobudka, śniadanie, ciężki do granic wytrzymałości plecak, marsz, kolejne odpoczynki, obiad, ogromne ilości zrobionych zdjęć, lodowiec i wieczorem ciepły śpiwór, nie nużyły wcale. Wreszcie znaleźliśmy pod północną ścianą Dżygita i Piku Karakolskiego. Piękne pięciotysięczniki, najwyższe w paśmie Terskiej Ałatau dumnie górowały nad powierzchnią lodowca On-tor. W świetle zachodzącego słońca staraliśmy się dostrzec jak najwięcej szczegółów. Swój wzrok kierowaliśmy w coraz to w inną stronę nie mogąc nasycić się widokami. W dole, spowitą wieczornymi mgłami, widzieliśmy Dolinę Karakolską. Tuż obok nas, zdawać by się mogło, że na wyciągnięcie ręki, skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, strzegły swojego królestwa północne ściany okolicznych szczytów. Wielkie lodowce ścianowe huczały od lawin. Byliśmy na wysoko położonych polach firnowych lodowca On-tor. Tu postanowiliśmy rozbić nasze obozowisko. Dojście z "Alpłagieru" do końca doliny, pod pięciotysięczne szczyty, zajęło nam dwa dni, dni pełne mozolnej drogi. Kolejny dzień spędziliśmy na fotografowaniu otaczających nas szczytów. Trzeciego dnia na lodowcu postanowiliśmy opuścić królestwo Dżygita i Piku Karakolskiego. Zejście doliną było o wiele przyjemniejsze niż droga samochodem do góry. Wracaliśmy do Karakol. W środkowej części doliny spotkaliśmy, na jednej z polan, rozstawione obozowisko rodziny Kirgiskiej.

Kirgizi, od niepamiętnych czasów prowadzący koczowniczy tryb życia, zostali niejako zmuszeni do osiedlenia się w miastach. W latach dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy to Kirgizja stała się jedną z republik radzieckich, powstało wiele osiedli, w które wtłoczono ludność miejscową. Kirgizi nie zmienili jednak swoich przyzwyczajeń i do dnia dzisiejszego wierni są swojej tradycji. Wciąż można spotkać jurty - namioty pasterskie - rozstawione pod oknami bloków, stada owiec pasące się w środku miasta, konie na ulicach. Kirgizi zawsze żyli zgodnie z rytmem przyrody. Lato spędzali wysoko w górach, na łąkach pokrytych soczystą trawą, a zimą, kiedy temperatura spada niekiedy poniżej minus 30 stopni, chronili się w położonych niżej wioskach. Tak niektórzy robią do dziś. Typowe radzieckie domy zamieniają wówczas na tradycyjne jurty, żywią się baraniną, kumysem i mimo trwającej przez wiele lat rusyfikacji wierni są górom i tradycji swoich ojców. Wypasają stada owiec na tienszańskich łąkach, które latem pokrywają się niezliczoną ilością ziół i kwiatów. Wędrują w góry, są przecież nadal nomadami.

Po dziesięciu dniach byliśmy z powrotem w Karakol. Pierwsza część wyprawy, której celem była eksploracja jednej z dolin w otoczeniu Jeziora Issyk-Kuł, dotarcie pod szczyty pięciotysięczne i poznanie warunków życia ludności miejscowej, dobiegła końca.

Drugi etap wyprawy - Jedwabny Szlak.

Z Karakol udaliśmy się do Biszkeku, celem otrzymania wizy uzbeckiej. Planowaliśmy przebyć część legendarnego Jedwabnego Szlaku. Wizę otrzymaliśmy tylko na siedem dni. Cała podróż, czyli trzy i pół tysiąca kilometrów, połączona ze zwiedzaniem miast Samarkandy, Chiwy i Buchary musiała odbyć się bardzo szybko i sprawnie. Wyruszyliśmy z Biszkeku 27 lipca, wieczorem. Postanowiliśmy przejechać przez terytorium Kazachstanu, gdyż skracało to istotnie czas podróży. Powinniśmy jednak posiadać tranzytowe wizy kazachskie, których nie mieliśmy. Na granicę pomiędzy Kirgistanem, a Kazachstanem dotarliśmy około północy. Autobus, którym podróżowali w większości Kirgizi, szybko przekroczył granicę i zatrzymał się przy kazachskim posterunku. Rozpoczęła się kontrola, a my nie posiadaliśmy stosownych dokumentów. Znaleźliśmy się w pułapce. Niestety, mimo długiej rozmowy z Naczelnikiem, nie udawało nam się przekroczyć przejścia granicznego w żadną stronę. Wreszcie zostaliśmy zawróceni do Kirgistanu. Musieliśmy pojechać inną drogą przez wysokie przełęcze Tien Szanu. Był środek nocy. W dalszą podróż ruszyliśmy autostopem. Kamaz, którym podróżowaliśmy, zapakowany dziesięcioma tonami żelaza jechał w podobnym kierunku co my. Rozwijał jednak prędkość rzadko przekraczającą czterdzieści kilometrów na godzinę. Droga, w większości szutrowa wznosiła się ostrymi serpentynami na trzytysięczną przełęcz. Zbliżaliśmy się powoli do najwyżej położonego i najdłuższego w Tien Szanie tunelu. Ponad trzy kilometry wydrążone w litej skale, wąskiej, nieoświetlonej i dziurawej drogi pokonywaliśmy kilkanaście minut. Jechaliśmy w kolumnie samochodów ciężarowych zatrzymując się co kilka metrów. Tunel, bez jakiejkolwiek wentylacji mógł stać się w każdej chwili śmiertelną pułapką. Zadymienie wzrastało z każdą chwilą tak, że nie widać było świateł samochodu jadącego przed nami. Zaczynało brakować powietrza. Na szczęście byliśmy już blisko wylotu. Przejechaliśmy na drugą stronę. Tego samego dnia, po południu dojechaliśmy do Kotliny Fergańskiej - tu karabiny zwaśnionych, azjatyckich plemion prawie nigdy nie milkną. Wieczorem dotarliśmy na przejście graniczne pomiędzy Kirgistanem, a Uzbekistanem w pobliżu miasta Namangan. Odprawa, trwała prawie dwie godziny, mimo braku innych osób, chcących wjechać do Uzbekistanu. Okazało się, że ostatni obcokrajowiec przekraczał tą granicę kilka lat temu. Pogranicznicy nie wiedzieli co z nami począć. Wreszcie pozwolono nam przejechać. Do Taszkientu, oddalonego o czterysta kilometrów dotarliśmy późną nocą. Po drodze musieliśmy przebrnąć przez kilkanaście kontroli, za każdym razem milicjanci wpisywali nas do odpowiedniej książki.

Samarkanda.

Pierwszym miastem na naszym szlaku była Samarkanda, do której przyjechaliśmy z Taszkientu. Zatrzymaliśmy się u znajomych kierowcy, który przywiózł nas na miejsce. Następnego dnia wybraliśmy się zwiedzać wspaniałe zabytki miasta. Jako pierwsze zobaczyliśmy mauzoleum Tamerlana. Zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Na zewnątrz piaskowa budowla z turkusową kopułą, a wnętrze opływające w złoto. Było to coś niesamowitego, drobna, misterna mozaika przedstawiająca kwiatowe ornamenty. Byliśmy tak zauroczeni, że trudno nam było opuścić to magiczne miejsce. Niestety czas naglił i trzeba było szybko przemieścić się w centrum Samarkandy, by zobaczyć kolejne cudowne dzieło rąk ludzkich. Registan to duży plac otoczony z trzech stron medresami, czyli szkołami koranicznymi. Fasada każdej z medres jest inaczej zdobiona, na jednej widać ornamenty w kształcie gwiazd, na innej słońca. Udało nam się wejść za jeden z minaretów, czyli wysoką wieżę zwężającą się znacznie do góry. Rozpościerał się z niego przepiękny widok na miasto - oazę. Na horyzoncie widać było gorącą pustynię. Ostatnim zabytkiem, jaki zobaczyliśmy w Samarkandzie były Katakumby Szach-i-Zinda. Gdy przekroczyliśmy bramę cmentarza, poczuliśmy się jakby w innym stuleciu, w zamkniętym miasteczku. Przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami wśród katakumb wielkości domów. Każda miała turkusową kopułę, bogate majolikowe zdobienia. Gdzieś w zaułku ktoś się modlił, ktoś inny siedział zamyślony. To tu Uzbecy przychodzą, by w ciszy i medytacji spotkać się ze swoimi przodkami.

Chiwa.

Wieczorem ruszyliśmy w podróż przez pustynię Kyzył-Kum. Mieliśmy przed sobą blisko osiemset kilometrów. Podróż do Chiwy lokalnym autobusem trwała dwanaście godzin. Do miasta dotarliśmy o świcie, od razu obstąpił nas tłum taksówkarzy oferujący swoje usługi. Skorzystaliśmy z propozycji jednego z nich. Oddaliśmy mu nasze plecaki i umówiliśmy się, że wieczorem po nas przyjedzie i zabierze nas na nocleg do siebie do domu. Byliśmy w Chiwie, w najegzotyczniejszym mieście na naszym szlaku, które powstało ponad 2500 lat temu. Weszliśmy bramą Chazarapską do miasta wewnętrznego, otoczonego potężnymi murami. Naszym oczom ukazała się dosyć szeroka ulica, wzdłuż której znajdowały się stare budowle. To tutaj mieszkał Chan z rodziną, dworzanie, duchowieństwo, bogaci kupcy. To tu znajdowały się wspaniałe meczety, medresy i domy mieszkalne. Z prawej strony uliczki ujrzeliśmy bogato zdobioną glazurą, olbrzymią, grubą wieżę, jakby nieskończoną. Jak się potem dowiedzieliśmy, jest to niedokończony minaret i on razem ze stojącą obok medresą, miały być, według zamierzenia chana, największymi sakralnymi budowlami w Azji Centralnej. Niestety, dzieło nie zostało dokończone, gdyż pomysłodawca zginął na wojnie. Przechadzaliśmy się wąskimi i nierównymi uliczkami podziwiając, doskonale zachowane i po części odrestaurowane medresy, minarety i meczety. Odwiedziliśmy mauzoleum Pahlawana Mahmuda, który był rycerzem i bohaterem narodowym walczącym ze złem. Wnętrze budowli opływało złotem. Ściany ozdobione delikatnymi ornamentami roślinnymi i geometrycznymi, oświetlone były promieniami słońca, które dostawało się drzwiami. Stwarzało to niepowtarzalny nastrój i wrażenie, że majolika ożywa lśniąc wielokolorowym blaskiem. Z mauzoleum udaliśmy się na pobliski minaret, z którego rozpościerał się widok na całą Chiwę. Zauważyliśmy, iż jest to miasto położone w samym sercu pustyni. Z każdej strony widać było, jak zielone nawadniane tereny, znikają gdzieś w piaskach pustyni Kyzył-Kum. Pięćdziesięciostopniowy upał dawał się we znaki. Byliśmy zmęczeni kilku godzinnym zwiedzaniem, więc po małych owocowych zakupach, na bazarze u podnóża murów, postanowiliśmy odpocząć w pałacu chana - Tasz-chauli. Rozłożyliśmy się w cieniu, w jednym z pomieszczeń przy głównym dziedzińcu. W tym samym miejscu, gdzie my odpoczywaliśmy znajdował się przed wiekami największy harem chana. Podziwialiśmy bogate majolikowe zdobienia ścian, lekką konstrukcję, ażurowe okna i wspaniałe kolumnady wychodzące na dziedziniec. Żal było opuszczać to przepiękne miasto. Niestety znów mieliśmy tylko jeden dzień, by wszystko zobaczyć. Wieczorem, w umówionym miejscu czekał na nas nasz kierowca. Zostaliśmy uroczyście przyjęci przez gospodarzy. Spróbowaliśmy narodowej potrawy - pilawu, piliśmy zieloną herbatę i rozmawialiśmy, oczywiście po rosyjsku wymieniając się informacjami o naszych ojczyznach. Nad ranem musieliśmy udać się jednak w dalszą podróż, znów przez pustynię, tym razem do Buchary.

Buchara.

To ostatnie miasto na Jedwabnym Szlaku, zwiedzaliśmy je nieco dłużej, półtora dnia. Tu także nocowaliśmy u rodziny taksówkarza, który bardzo chętnie zaprosił nas do siebie do bardzo tradycyjnego domu. Hotele omijaliśmy szerokim łukiem, gdyż ceny za jedną noc przekraczały tam 50 dolarów. Nocując u prywatnych osób poznawaliśmy zwykłych mieszkańców Uzbekistanu, płacąc jednocześnie za nocleg po dolarze od osoby.

Buchara to miasto liczące ponad 2500 lat. Przez ten czas wielokrotnie była niszczona i odbudowywana, dlatego na terenie miasta można spotkać wiele zabytków z różnych epok historycznych. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od placu Ljabi-chauz. Weszliśmy do jednej z medres, by odpocząć po trudach podróży z Chiwy i napić się herbaty w czajchanie, czyli uzbeckiej herbaciarni. Smakując ciepły napój rozkoszowaliśmy się widokami. Otaczały nas kolorowe sklepiki usytuowane w dawnych celach dla uczniów. Z każdego kramu przyjacielsko uśmiechali się sprzedawcy, skinieniem ręki zachęcali by wstąpić do nich i kupić jakąś pamiątkę. Podziwialiśmy dzieła bucharskich rzemieślników, które w tym otoczeniu wyglądały wyjątkowo atrakcyjnie. Po opuszczeniu medresy doszliśmy do kopulastych hal targowych, gdzie znowu sprzedawcy namawiali nas do kupna swoich wyrobów. Spacerując ulicami Buchary, z każdej strony napotykaliśmy coraz to piękniejsze zabytki. Największe wrażenie zrobiła na nas medresa Uług-bega, pochodząca z początku XV wieku i minaret Kaljan, starszy od niej o 300 lat. Widzieliśmy również najstarsze zabytki Buchary mauzoleum Ismaila Samanida z 907 roku oraz Twierdzę Ark pochodzącą z XII wieku. Buchara znacznie się różni od miast, które widzieliśmy o tej pory. Stara część stanowi zwarty zespół architektoniczny, trochę jak z baśni "Z tysiąca i jednej nocy". Można cały dzień spacerować wśród meczetów, medres, minaretów, kopulastych hal i grobowców. Niedane nam jednak było zbyt długo napawać się jej urokiem, gdyż ograniczeni czasem musieliśmy kierować się znów do Taszkientu, a następnie do granicy.

Po bardzo intensywnym tygodniu, podczas którego przebyliśmy, głównie nocą trzy i pół tysiąca kilometrów, wracaliśmy do Kirgistanu. Przejechaliśmy przez Kotlinę Fergańską, w pobliżu granicy tadżyckiej. Zmierzaliśmy do Osz. Niespodziewanie obok nas, w odległości zaledwie kilku metrów, zatrzymał się samochód osobowy, niby nic dziwnego, a jednak? Za szybą zobaczyliśmy cztery postacie w turbanach, z długimi czarnymi brodami. Rzuciliśmy się do aparatów, ale jedno ich spojrzenie ostudziło nasze zamiary, czyżby Talibowie? Do granicy afgańskiej mieliśmy przecież niespełna dwieście kilometrów. Z Osz, największego miasta na południu Kirgistanu, nasza droga wiodła "narkotykowym szlakiem" przez Dżalalabad do Biszkeku. Teraz miał się zacząć ostatni etap wyprawy, działalność wysokogórska. Znów znaleźliśmy się w Karakol, z którego wyjechaliśmy dziesięć dni wcześniej. Teraz ruszyliśmy w Centralny Tien Szan.

Trzeci etap wyprawy - Lodowiec Inylczek.

Ogromny Gaz, szeroką drogą piął się powoli na przełęcz Czon Aszu sięgającą blisko czterech tysięcy metrów. Znów droga, kurz i wyboje, ale tym razem plany mieliśmy znacznie ambitniejsze - lodowce i szczyty siedmiotysięczne. Wkraczaliśmy na teren działalności największego w Tien Szanie, bo aż sześćdziesięciokilometrowego, lodowca Południowy Inylczek. Niewiele spośród siedmiu tysięcy lodowców występujących w tych górach, może się z nim równać pod względem wielkości. Ustępuje on jedynie lodowcowi Fedczenki w Pamirze, największemu górskiemu lodowcowi świata, który jest dłuższy zaledwie o kilkanaście kilometrów. Samochodem dojechaliśmy do miejsca, gdzie skończyła się droga. Do czoła lodowca pozostało nam wciąż dwadzieścia kilometrów, a czas naglił. Postanowiliśmy wziąć konie od miejscowych Rosjan. Nikt z nas wcześniej nie siedział na koniu, nie wspominając o jeżdżeniu... Po krótkim, lecz stanowczym targowaniu się o cenę, dosiedliśmy rumaki i za przewodnikiem ruszyliśmy na wschód, w kierunku lodowca. Widoki zapierały dech w piersiach. Bezchmurne niebo, góry oświetlone promieniami zachodzącego słońca oraz miły, ciepły grzbiet łagodnego konia. Z tej perspektywy wszystko wyglądało jeszcze magiczniej. Po trzech godzinach zapadły zupełne ciemności, a my wciąż byliśmy daleko od celu. Do czoła lodowca dojechaliśmy w środku nocy.

Postanowiliśmy przejść pieszo większą część lodowca i dotrzeć pod najwyższe, siedmiotysięczne szczyty. Lodowiec, którym podążaliśmy przypominał ogromną rzekę, wypełniającą całą dolinę. Zbocza okolicznych szczytów znacznie przekraczały pięć, a niekiedy dochodziły nawet do wysokości siedmiu i pół tysiąca metrów. Przed nami mieliśmy cztery dni uciążliwego marszu po powierzchni lodowca pośród skał, głazów, seraków i szczelin, które niekiedy zdawały się nie mieć dna. Wciąż musieliśmy wybierać pomiędzy szybkim, lecz niebezpiecznym przejściem lodowca, a ciągłym zatrzymywaniem się i kluczeniem wśród rozpadlin, w poszukiwaniu lepszej drogi. Jednak widoki rekompensowały wszystkie niedogodności. Po obu stronach doliny strzelały w niebo ośnieżone szczyty, nierzadko dziewicze. Na horyzoncie dumnie królowała rozłożysta sylwetka Piku Pobiedy. Nie szliśmy po "martwym" lodzie. Co chwila dało się słyszeć pomruki i grzmoty. Tuż pod powierzchnią lodu wciąż płynęła woda, rzeźbiąc podziemne korytarze. Inylczek żył swoim rytmem. Nikt nie podążał naszym śladem, byliśmy sami wśród gór. Trudności potęgowało wiele czynników, poczynając od braku jakiejkolwiek ścieżki, konieczności ciągłego kluczenia pomiędzy szczelinami i znaczną wysokością nad poziom morza, a kończąc na niepewnej pogodzie i braku możliwości szybkiego odwrotu. Zmierzaliśmy w kierunku bazy alpinistycznej.

- Kak wy zdjest priszli, wiertalota nie było? - Padło retoryczne pytanie Miszki, szefa bazy alpinistów na lodowcu Zwiezdoczka, pomiędzy Chan Tengri, a Pobiedą. No tak, wzbudziliśmy niemałą sensację, nawet wśród rosyjskich turystów. Większość przylatuje tu helikopterem z ogromną ilością sprzętu i jedzenia, a my z całym dobytkiem na plecach, z jednocześnie niewielkimi plecakami wywołaliśmy uśmiech na twarzy i słowa uznania nawet u najtwardszych "mastierów sporta". Kilkudniowa droga lodowcem była dla nas jednak znacznie lepszym przygotowaniem kondycyjnym i aklimatyzacyjnym, niż półgodzinny lot helikopterem. Pozwoliła także przyjrzeć się wszystkim pojedynczym szczytom, lodowcom i turniom. Zobaczyliśmy również jezioro Merzbachera. Takiego fenomenu nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie. W miejscu połączenia się dwóch lodowców Południowego i Północnego Inylczeka, wytworzyło się zagłębienie w rodzaju ogromnej misy wypełnionej wodą. Jest to więc jezioro położone na powierzchni lodowca, w którym pływają wielkie góry lodowe. Niezwykłość tego miejsca polega jednak przede wszystkim na tym, iż dwa razy do roku, wiosną i latem, jezioro przepełnia się i wypuszcza całą wodę wcześniej zgromadzoną. Góry lodowe osiadają wówczas na dnie. Poziom wody w rzece Inylczek podnosi się zalewając okoliczne tereny. Trwa to jednak stosunkowo krótko i proces rozpoczyna się od początku.

Byliśmy pod najwyższymi szczytami. Stałem z wysoko zadartą głową i patrzyłem oniemiały z wrażenia na kolosalną sylwetkę góry. Więc to jest Chan Tengri - pomyślałem. Droga, którą chcieliśmy atakować szczyt prowadziła początkowo szerokim kuluarem, dość łatwym technicznie, ale bardzo zagrożonym lawinami. Po dojściu na przełęcz o wysokości blisko sześciu tysięcy metrów zaczynały się prawdziwe trudności w kopule szczytowej, ale stąd już niedaleko do wierzchołka. Przy dobrej aklimatyzacji i doskonałej pogodzie drogę tę pokonuje się w pięć - sześć dni... To, co zobaczyłem przyprawiło mnie o zawrót głowy. Niestety, zrezygnowaliśmy ze zdobycia góry. Po czterdziestu dniach wyprawy byliśmy już zbyt zmęczeni, aby zdobyć się jeszcze na nadludzki wręcz wysiłek. Będąc w Bazie, góry pokazały swe prawdziwe oblicze i nauczyły pokory. Pogoda popsuła się na dobre. Niebo zaciągnęło się chmurami, napłynęły mgły, zerwał się wiatr. Zostaliśmy uwięzieni. Pogoda uniemożliwiała powrót po lodowcu, wciąż padał śnieg. Pozostało czekanie na helikopter. Nie mieliśmy czasu na powtórne pokonywanie Inylczeka, tym razem w dół. Za kilka dni odchodził nasz powrotny pociąg do Moskwy, a my wciąż tkwiliśmy w samym sercu Tien Szanu. Po czterech dniach pogoda poprawiła się na tyle, iż mogliśmy myśleć o powrocie. Wsiedliśmy do helikoptera. Po chwili huk wzmógł się, a przez otwarte okienko wpadły drobiny śniegu poderwane z lodowca. Wszystko zaczęło drgać i trzeszczeć, wreszcie unieśliśmy się. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie naszej bazy - malutkich punkcików na lodowcu oraz Piku Pobiedy, który właśnie wyszedł zza chmur, majestatycznego Chana i odlecieliśmy w dolinę.

To jednak nie był koniec naszej wyprawy. Wynajętą ciężarówką udaliśmy się do Karakol, by potem lokalnym autobusem dotrzeć do Biszkeku. W stolicy Kirgistanu musieliśmy spędzić jeszcze trzy dni, czekając na tranzytowe wizy przez Kazachstan. W drogę powrotną do Moskwy, znów pociągiem w trzeciej klasie, wyruszyliśmy 24 sierpnia. W Warszawie byliśmy z powrotem 28 sierpnia po 48 dniach.

Podczas całej wyprawy przejechaliśmy ponad piętnaście tysięcy kilometrów. Podróżowaliśmy pociągiem, ciężarówkami, lokalnymi autobusami, wynajętymi samochodami, helikopterem, konno, dosiadaliśmy też wielbłądów i wszechobecnych w Azji Środkowej osiołków. Przemierzyliśmy pieszo największy w Tien Szanie i drugi, co do wielkości na świecie lodowiec górski, dotarliśmy pod najwyższe szczyty: Chan Tengri i Pik Pobiedy. Podróżowaliśmy Jedwabnym Szlakiem przez Samarkandę, Chiwę i Bucharę. Byliśmy także w "zapalnym punkcie" byłych środkowoazjatyckich republik radzieckich - Kotlinie Fergańskiej, gdzie toczą się walki o tereny, na których odkryto ropę naftową. Mieliśmy ponad sześćdziesiąt stopni różnicy pomiędzy najcieplejszym i najzimniejszym dniem. Było warto.

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.