Fotografia podróżnicza


Z pamiętnika podróżnika

Syberia

Jesienią, kiedy deszcz uderza w szyby, a w sercu czuę smutek i pustkę po tym co już minęło, jedyną radością są wspomnienia z wakacyjnych podróży i wypraw. Wspomnienia mające swój koloryt w niezliczonych ilościach slajdów i zdjęę, w myślach, które wypełniają najgłębsze zakamarki naszego umysłu. Jesteśmy bogatsi o te widoki, rozmowy z przygodnie spotkanymi ludźmi, zapachy dzikich kwiatów i ziół, obrazy odległych terenów i kultur. Z drugiego końca świata przywozimy liczne pamiątki, te kosztowne, ręcznie haftowane i te najpiękniejsze, bo ważne tylko dla nas - zwykłe rzeczy. Potem, po wielu latach zakurzone, znalezione na dnie starej szafy, znów zaczynają żyę, odradzają się w naszej pamięci. To uskrzydla i daje sens życiu. Niekiedy jest jednak bardzo trudno odtworzyę obraz wydarzeń. Zdjęcia, nagrane rozmowy nowo poznanymi ludźmi, czy zwykła limbowa szyszka czasem nie wystarczą. Sięgamy wtedy po zniszczony zębem czasu, oprawiony w miękką skórę dziennik z podróży. Znów jesteśmy na drugim końcu świata, choęby na Syberii.

Biełucha - 4506 m. - najwyższy szczyt Ałtaju

Dzień 1
Nareszcie się zaczęło. Prawie dwa lata przygotowań, silny, dziesięcioosobowy zespół, ogromne ilości tego wszystkiego, co może się przydaę - sprzęt, jedzenie na blisko miesiąc. Ruszamy, jest koniec lipca. Pierwszy przystanek na naszej trasie, Brześć, to już Białoruś. Docieramy tu pociągiem z Terespola. W wagonach potworny tłok, okna nie otwierają się, temperatura zbliża się do trzydziestu stopni. Po raz pierwszy czujemy "rosyjską atmosferę". Miasto wita nas pięknym słońcem. Spędzamy cały dzień na dworcu, gdyż nasz pociąg relacji Brześć - Nowosybirsk odjeżdża jutro rano. Zapada zmrok, pozostaje nam czekanie. Nocleg znajdujemy w dworcowej "komnacie oddycha". Miejsce przyjemne, aczkolwiek nieco klaustrofobiczne. Śpimy w pokojach bez okien.

Dzień 2
Pobudka, szybkie śniadanie i ..., no właśnie! Z którego peronu odjeżdżamy? Nikt nic nie wie lub każdy mówi coś zupełnie innego. Wreszcie jesteśmy, to chyba tu. Pociąg wjeżdża punktualnie, wsiadamy. Przed nami cztery tysiące kilometrów w pociągu pozbawionym jakichkolwiek wygód. Cały wagon tak zwany plackartny, to jeden wielki przedział, śpimy "twarzą w twarz" z innymi pasażerami.

Dzień 3
Czas mija bardzo szybko. Nikt nie wie, która jest obecnie godzina, gdyż kolejne strefy czasowe następują szybko jedna po drugiej. Na stacjach obowiązuje czas moskiewski, a gdzie indziej jaki?

Dzień 5
Wreszcie Nowosybirsk, serce Syberii. Jadąc na wschód "tracimy" sześę godzin. Tu jest już piętnasta, a w Polsce dopiero dziewiąta. To jeszcze nie koniec podróży. Musimy dostaę się na południe Ałtajskiego Kraju do Bijska. Do końca nie wiemy, jakim cudem udaje się nam kupię bilety na pociąg, gdyż w kasie są one nieosiągalne. Odjeżdżamy późnym wieczorem. Przyzwyczajeni do "rosyjskiej atmosfery" w wagonie zasypiamy dośę szybko. Nie na długo. Po godzinie budzi nas ogromny zaduch i karaluchy chodzące po ścianach.

Dzień 6
Jesteśmy w Bijsku. Na dworcu wita nas, jak to w Rosji, pomnik Lenina. Przed nami jeszcze siedemset kilometrów do "bram Ałtaju". Wynajmujemy busa i w drogę. Szosa początkowo bardzo szeroka i wygodna, po kilkudziesięciu kilometrach znika nam z oczu. Sześćset pięć-dziesiąt kilometrów pokonujemy w kurzu i pyle. Do ostatniej miejscowości, do której prowa-dzi droga docieramy późnym popołudniem. Obozowisko rozbijamy w niewielkiej bazie turystycznej. Zaczynają się pierwsze poważne problemy. Na prostej ścieżce, zdawać by się mogło, że bardzo bezpiecznej, dochodzi do wypadku. Wojtek, idąc w sandałach w stronę potoku przewraca się i zrywa paznokieć w dużym palcu u nogi. Szybka akcja ratunkowa i ...?

W drodze do Tjungura

Dzień 7
Tjungur, to mała ałtajska wioska, na końcu świata. Przepakowujemy sprzęt i prowiant. Rana Wojtka wygląda fatalnie. Odciążamy jego plecak, zakładamy opatrunek i bardzo powoli ruszamy w głąb doliny Ak-kem. O założeniu buta na chorą nogę nie może być nawet mowy. Wąska ścieżka prowadząca w górę doliny, pokonywana przez Wojtka w sandałach długo pozostanie w naszej pamięci.

Dzień 8
Kolejny dzień budzi nas pięknym słońcem. Dolina robi się coraz węższa, a droga jeszcze bardziej monotonna. Wieczorem pierwszy raz, daleko na horyzoncie, widzimy Biełuchę - najwyższy szczyt Ałtaju. Tonąca w chmurach, z ogromnymi lodowcami ścianowymi wygląda imponująco. Przedzieramy się wąską, niekiedy zanikającą ścieżką, pośród tajgi modrzewiowej. Pogoda lekko się psuje, zaczyna padać deszcz.

Dzień 9
Przed nami kolejny dzień mozolnego podejścia. Na szczęście palec Wojtka, dzięki założonym opatrunkom, z każdym dniem czuje się coraz lepiej. Droga, którą podążamy już od kilku dni staje się z każdą chwilą coraz ciekawsza. Po obu stronach doliny wyrastają coraz to bardziej pionowe skały, las staje się rzadszy, a w oddali, na razie osnuta mgłami, majaczy Biełucha - królowa Syberii. Mimo zmęczenia nie zwalniamy kroku. Późnym popołudniem dochodzimy do wysokości dwóch tysięcy metrów, do górnej granicy modrzewiowo - limbowej tajgi. Pogoda z każdą chwilą staje się coraz lepsza, wiatr przegania chmury, wychodzi popołudniowe słońce, oświetlające swoimi ostatnimi promieniami okoliczne szczyty. Strome zbocza otaczające nas z każdej strony zaczynają płonąc tysiącami barw. Po kilku dniach spędzonych na mozolnym podejściu wąską doliną w gęstej syberyjskiej tajdze, gdzie słońce leniwie prześwitywało przez gęstą koronę drzew, jak oniemiali chłoniemy niesamowite widoki. Jesteśmy na morenie czołowej lodowca Ak-kem. Okolica nie jest jednak całkowicie bezludna. Naszym oczom ukazuje się niewielki domek, jak się później okaże Stacja Meteorologiczna. Nieśmiało zapraszani przez gospodarza chętnie korzystamy z gościny. Po raz pierwszy od początku wyprawy śpimy w ciepłym, przytulnym syberyjskim domku.

Stacja Meteo nad jeziorem Akkemskim

Dzień 10
Niewielka Stacja Meteorologiczna nie jest jedynym zabudowaniem w dolinie Ak-kem. Kilkaset metrów dalej, nad samym brzegiem jeziora, rozłożyła się stacja Rosyjskiej Służby Górskiej. W kilku niebieskich beczkach, rośli panowie pełnią dyżur mocno zakrapiany alkoholem. Mimo chwiejnego kroku przerywanego czasami kąpielą w polodowcowym jeziorku, gdzie temperatura waha się w okolicach zera, kilku ratowników pełni także funkcję miejscowych przewodników. Trochę zaskoczeni sposobem ich życia staramy się dowiedzieć się jak najwięcej o warunkach panujących w górnej części lodowca. Interesuje nas także możliwość wejścia na najwyższy szczyt Ałtaju - wspomnianą wcześniej Biełuchę. Podczas rozmowy dochodzimy do wniosku, że na Biełuchę sami nie damy rady wejść. Bardzo trudna droga, szczególnie orientacyjnie, brak jakichkolwiek ułatwień i przetartego szlaku potęgują naszą niepewność. Ustalamy - wchodzimy z rosyjskimi przewodnikami. Rozstawiamy namioty kilkaset metrów dalej, poza bazą. Tego dnia czeka nas jeszcze rekonesans i pierwsze zasmakowanie ałtajskich widoków. Idziemy w Dolinę Siedmiu Jezior. Szybko zdobywamy wysokość. Czterysta, pięćset metrów ponad dno doliny, namioty rozstawione na niewielkiej łączce nad samym brzegiem jeziora wyglądają z tej wysokości jak niewielkie punkciki. Teren staje się coraz trudniejszy, łagodne trawiaste zbocze zamienia się w strome rumowisko skalne. Do szczytu idziemy ostrą jak brzytwa granią. Wszystko wokół zaczyna się sypać. Każda dotknięta skała rozsypuje się pod nogami. Jesteśmy na wysokości blisko trzech tysięcy metrów. Niestety teren staje się tak trudny, że musimy zarządzić odwrót. Cóż pierwszy szczyt zdobędziemy następnym razem.

Dzień 11
Od samego rana pogoda fatalna, wciąż pada deszcz. Okoliczne, czterotysięczne szczyty widzimy przysypane śniegiem. Około południa pogoda poprawia się na tyle, iż cztery osoby z naszej grupy decydują się ruszyć w stronę Biełuchy wraz z dwoma rosyjskimi przewodnikami - Sergiejem i Jewgienijem. Przed nimi cztery, pięć dni spędzone w lodowym królestwie Biełuchy. Dni pełne trudu i mozolnej wspinaczki, podczas których trzeba pokonać przeszło dwa i pół tysiąca metrów do góry. Nie mogą liczyć na niczyją pomoc, gdyż wspinając się w dzikich syberyjskich górach można liczyć tylko na siebie. Prowadzący rosyjski przewodnik, który był na tym szczycie tylko kilka razy, też nie jest ostoją bezpieczeństwa.

Dzień 12
Po wczorajszych burzach przechodzących jedna za drugą i po dniu spędzonym w namiocie nad rozmyślaniami o czwórce towarzyszy, który poszli na Biełuchę, dziś znów leje. W nocy temperatura spadła grubo poniżej zera, namioty są zalodzone, a rozpalenie ogniska zajmuje prawie godzinę. Ten dzień spędzamy na niewielkim rekonesansie po okolicy. Góry toną w chmurach. Tam, wyżej musiało spaść dużo śniegu.

Na Jarłu

Dzień 13
Poranek budzi nas przepięknym słońcem, na niebie nie widać ani jednej chmurki. Po dużym mrozie w nocy, jest bardzo przejrzyste powietrze. Doskonale widać przysypane świeżym śniegiem, wysokie na przeszło cztery tysiące metrów okoliczne szczyty. Jednak te najwyższe, pokryte wielkimi ścianowymi lodowcami wydają się nie do zdobycia. Tysiąc pięćset metrów pionowej skały, tonącej u podstawy w zimnych czeluściach lodowca - tak przedstawia się północna ściana "naszej góry" - Biełuchy. Dopiero teraz, widząc cały majestat góry uświadamiamy sobie, że gdzieś tam w górze, są nasi koledzy. Tego dnia decydujemy się zdobyć pierwszy szczyt. Wybór pada na górujący nad Jeziorem Ak-kem szczyt Jarłu. Mimo niezbyt dużej wysokości, bo tylko niewiele ponad trzy tysiące metrów jest górą bardzo widokową. To z niego doskonale widać naszą przyszłą trasę. Początkowo szeroką doliną, a później wzdłuż jęzora lodowca do samej podstawy północnej ściany Biełuchy. Po szybkim śniadaniu ruszamy do góry. Przed nami przeszło tysiąc metrów do góry. Droga jest jednak bardzo wygodna. Jak zwykle podejście z pozoru wyglądające tak niewinnie zmienia się w ciężką pracę. Bardzo powoli, przy ostrym i męczącym słońcu, podnosimy się ponad dno doliny. Na szczycie pokrytym rumoszem skalnym stajemy po ośmiu godzinach mozolnej drogi. Widoki wynagradzają nam jednak ten ciężki dzień. Po lewej stronie długie bezleśne grzbiety, gubią się w zamglonej linii horyzontu. Tuż po prawej wydawać by się mogło, że na wyciągnięcie ręki doskonale widzimy największe lodowce Ałtaju Ak-kem, Men-su. Widok na tak zwaną Katuńską Podkowę przytłacza nadętego cywilizacją widza i sprowadza do odpowiedniego wymiaru. Tu czuć respekt wobec przyrody.

Dzień 14
Po bardzo męczącym dniu nadszedł zasłużony odpoczynek. Zostajemy w obozowisku, przepakowujemy rzeczy i przygotowujemy się do powitania wracających z Biełuchy. Późnym popołudniem, bardzo zmęczeni schodzą do naszego obozowiska jedynie Asia i Marcin, a co z pozostałymi? Okazuje się, że na końcu lodowca znajduje się niewielki schron. To właśnie tam pierwszego dnia dotarła cała czwórka z przewodnikami. Pogoda była fatalna. Asia i Marcin dostali choroby wysokościowej i musieli pogodzić się z myślą, że muszą przeczekać kilka dni. O jakiejkolwiek wspinaczce nie mogło być nawet mowy. Do góry poszli więc tylko Tomek i Witek wraz z Sergiejem i Jewgienijem. Asia i Marcin nie mogąc kontynuować wspinaczki pozostali kilka dnia na lodowcu w tak zwanych Tomskich Stajankach. Jedzenie zaczęło im się jednak kurczyć i postanowili schodzić do obozowiska położonego w zielonej dolinie. W ścianie Biełuchy pozostała tylko czwórka.

Dzień 15
Ruszamy ich śladem w stronę lodowca. W połowie drogi, gdzieś na wysokości pierwszych bocznych lodowców spotykamy drugą część naszej grupy - zdobywców Biełuchy. Mimo niezbyt dobrej pogody i niewielkiego doświadczenia Tomka i Witka, można Biełuchę dopisać do listy zdobytych szczytów. Szybko wymieniamy się sprzętem wspinaczkowym. Koledzy nadludzko zmęczeni, w asyście przewodników schodzą w dolinę, a my kontynuujemy mozolną drogę do góry. Ze strzępów otrzymanych informacji próbujemy złożyć cały przebieg zdobycia szczytu. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że o powtórnym wejściu na Biełuchę nawet nie mamy co marzyć. Po zmroku dochodzimy do Tomskich Stajanek.

Na Tomskich Stajankach

Dzień 16
Pierwszy dzień w lodowym królestwie budzi nas przepięknym słońcem. Czujemy się jak w innym, nierzeczywistym świecie. Namioty rozstawione pomiędzy kamieniami moreny, północna półtorakilometrowa ściana Biełuchy dumnie górująca nad otoczeniem i tylko my. Tego nie zapomnimy przez długie lata. Zostawiając cały nasz ekwipunek wśród kamieni wychodzimy w stronę przełęczy Titowa. Drogę usłaną wielkimi blokami skalnymi pokonujemy stosunkowo szybko. Ostatnie metry pokonujemy jednak bardzo ostrożnie, bo jeden nieostrożny ruch może zadecydować o wszystkim. Zdobywamy ponad trzytysięczną przełęcz. Wreszcie jesteśmy w samym sercu Ałtaju. Piękne czterotysięczniki, najwyższe w Katuńskiej Podkowie dumnie górują nad powierzchnią lodowców. W świetle zachodzącego słońca staramy się dostrzec jak najwięcej szczegółów. Swój wzrok kierujemy w coraz to inną stronę, nie mogąc nacieszyć się widokiem. W dole, spowite wieczornymi mgłami, widzimy nasze namioty. Tuż obok nas, zdawać by się mogło, że na wyciągnięcie ręki, skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, strzegą swojego królestwa północne ściany okolicznych szczytów. Wielkie lodowce ścianowe huczą od lawin.

Dzień 17
W namiocie zrobiło się niemiłosiernie gorąco. Po wczorajszym załamaniu pogody i dużym mrozie w nocy nikt by się nawet nie spodziewał, iż poranek będzie aż tak pogodny. Powoli rozsuwam zalodzony suwak namiotu. Takiego widoku nie zapomina się do końca życia. Północna ściana Biełuchy błyszczy niczym ze srebra we wschodzącym słońcu. Na niebie nie widać ani jednej chmurki. Zapowiada się wspaniały dzień. Nawet przez chwilę nie przechodzi mi przez myśl, iż popołudnie okaże się tak diametralnie różne. Powoli osiągamy przełęcz Titowa. Ostatnie czterdzieści metrów jest najtrudniejsze. Wolno, noga za nogą, z ogromnym plecakiem, żlebem, który wydaje się nie mieć końca. Cóż wysokość robi swoje. Po biwaku na wysokości trzech tysięcy metrów znacznie podnieśliśmy się ponad lodowiec Ak-kem. Widoki zapierają dech w piersiach. Majestatyczna, oświetlona promieniami słońca, Biełucha wznosi się tuż obok. Za nią "morze" gór, aż po horyzont. Te najdalsze to już Mongolia i Chiny. Ostre, poszarpane szczyty Ałtaju Rosyjskiego rysują się na horyzoncie. Nie dane nam jednak jest podziwiać ich uroku, gdyż pokonywanie stoku wymaga nie lada wysiłku. Do podstawy ściany pozostało jeszcze około siedemdziesiąt, metrów prawie pionowego lodu. Tam w dole, na prawie płaskiej powierzchni lodowca Men-su planujemy rozbić nasze namioty. Nagle czuję ostre szarpnięcie liny i widzę kątem oka znikającą postać Wojtka. Przecież tu, na siedemdziesięciostopniowym, lodowym stoku nie jestem w stanie go utrzymać. Te krótkie chwile zdają się nie mieć końca. Pole widzenia ogranicza mi na dodatek załom stoku tuż przy szczelinie brzeżnej lodowca Men-su. Rozumiem po chwili, że przyjaciel znalazł się na wąskiej krawędzi życia i śmierci. Udaje mu się jednak wydostać. Na szczęście nic się nie stało. Ałtaj, to jednak nie są żarty. Kolejne osoby stromą lodową ścianę pokonują już bez problemów. Zmrok zapada coraz szybciej. Na policzkach czuć pierwsze płatki śniegu. Wzmaga się porywisty wiatr. Co chwila w oddali słychać jest huk lawin. To będzie ciężka noc. Tu na wysokości przeszło trzech tysięcy metrów w środkowym Ałtaju, gdzie do najbliższej wioski jest cztery, pięć dni drogi, wszystko może się zdarzyć.

Na przełęczy Titowa

Dzień 18
O ile noc upłynęła w miarę spokojnie, o tyle poranek wita nas świeżym śniegiem, który spadł w nocy i przykrył widoczne wczoraj szczeliny lodowca. Powoli, bardzo ostrożnie podchodzimy stromym stokiem. Drogę wyznacza tylko własna intuicja i doświadczenie. Mgła ogranicza widoczność do zaledwie kilku metrów. Z mapą w ręku próbuję odczytać gdzie się aktualnie znajdujemy. Pomyłka o kilka metrów może oznaczać dla nas wielkie kłopoty. Stok robi się coraz stromszy, brniemy w świeżym śniegu po kolana. Zbliżamy się do wierzchołka. W jednej chwili chmury rozchodzą się na tyle, iż widzę daleko w dole przełęcz Drużba, miejsce dogodne do przekroczenia skalnego grzbietu, który oddziela nas od doliny Ak-kem. Znajdu-jemy się kilkaset metrów powyżej na bardzo stromym skalnym żebrze, z jednej strony mając ogromne nawisy śnieżne, a z drugiej, znacznie poniżej, spękaną powierzchnię lodowca. Z trudnego, skalnego terenu udaje się nam jednak wydostać na łagodną, śnieżną kopułę szczy-tową. Jesteśmy na bezimiennym, blisko czterotysięcznym szczycie.

Na lodowcu Men-su

Dzień 19
W dolinę Ak-kem zeszliśmy poprzedniego późnym wieczorem i po raz pierwszy od kilku dni mamy pod stopami zieloną trawę, a nie lód i kamienie. Zostawiamy ośnieżone szczyty za plecami i kierujemy się w stronę Stacji Meteorologicznej. Tu zostaje nas wiadomość, że nasi przyjaciele zaczęli schodzić w stronę Tjungura i są przed nami trzy dni drogi. W Stacji Meteorologicznej czeka nas jednak gorąca sauna rosyjska i miły nocleg w ciepłym pokoju.

Dzień 20
Znów piękny, słoneczny dzień. Szkoda, że musimy schodzić w doliny. Wojtek, po niedawnym upadku do szczeliny czuje się jednak nie najlepiej, nie może schodzić o własnych siłach. Od miejscowego pasterza wynajmujemy konia z przewodnikiem i puszczamy kolegę przodem. Sami już z nie tak ciężkimi plecakami zaczynamy nużący marsz w dół.

Dzień 21
Po dwóch dniach nużącej drogi w gęstej tajdze znów jesteśmy w Tjungurze, znów całą grupą. Rozmowom nie ma końca. Każdy chwali się swoimi osiągnięciami, wejściem na Biełuchę, zdobyciem trudnych przełęczy i bezimiennych szczytów.

Dzień 22
Po zasłużonym odpoczynku w namiotach rozbitych na wyspie pośrodku rzeki Katuń, około południa dochodzimy do wniosku, że coś trzeba dalej robić. Narady, dyskusje.... Jedziemy nad Bajkał! Przenosimy obozowisko w pobliże bazy turystycznej i oczekujemy na najbliższy możliwy transport w stronę Bijska, w stronę linii kolejowej. Późnym popołudniem przyjeżdża niewielki mikrobus. Szybko pakujemy się i..., no właśnie - kierowca oświadcza, że dzisiaj nie pojedzie. Trudno.

Dzień 23
Poranek budzi nas fatalną pogodą, góry płaczą, że odjeżdżamy. Jedziemy do Bijska. Powrotną drogę pokonujemy znów w kilkanaście godzin. Wreszcie jesteśmy. Niestety podczas szybkiego rannego pakowania lub podczas wielu przystanków po drodze zgubiliśmy jeden trzyosobowy namiot. Cóż do końca będzie "trochę" ciaśniej. Jesteśmy na dworcu kolejowym i jak mogliśmy się tego spodziewać znów nie ma biletów. Jednak szeleszczące, zieloniutkie banknoty mogą zdziałać cuda. Do Nowosybirska jedziemy wygodnie rozłożeni w wagonie restauracyjnym.

Dzień 24
Jesteśmy w Nowosybirsku. Po rozmowie z naczelnikiem dworca kolejowego znów znajdują się dla nas, nie wiedząc, jakim cudem, bilety. Przezornie zabrany z Polski kawałem papieru z naszymi nazwiskami i kilkoma pieczątkami działa cuda. Wieczorem ruszamy w nieznane - do Irkucka.

Dzień 25
Życie, jak to w wagonie plackartnym, płynie bardzo wolno. Śpimy, jemy, gramy w karty, znów śpimy.

Dzień 26
Wreszcie Irkuck. Do domu mamy siedem godzin różnicy czasu. Przezornie, znów z magiczną kartką pełną pieczątek, kupujemy powrotne bilety do Brześcia Białoruskiego z przesiadką w Moskwie. Popołudniu podmiejskim pociągiem tak zwaną elektriczką jedziemy nad sam Bajkał do Sljudanki.

W Chamar Dabanie

Dzień 27
Po nocy spędzonej na stacji kolejowej w towarzystwie kilkudziesięciu osób, dla których zabrakło biletów na dalszą podróż, jedziemy dalej wzdłuż jeziora do niewielkiej miejscowości Utulik, wybranej na "chybił trafił" jeszcze w Irkucku. Mimo, iż od dwóch dni czujemy już oddech "wielkiej wody" nie widzieliśmy jej ani razu. Wciąż leje, a ciężkie, ołowiane chmury przysłaniają wszystko dookoła. Rozkładamy się znowu na stacji, ale tym razem jesteśmy jej jedynymi właścicielami. Tutaj w Utuliku nie zatrzymują się dalekobieżne pociągi Kolei Transsyberyjskiej, a z miejscowych, choć przystających na chwilę, nikt nie wysiada. Tego dnia, po południu, gdy pogoda znacznie się poprawiła, po raz pierwszy ujrzeliśmy Bajkał - "błękitne oko Syberii". Nikt z nas nie spodziewał się zobaczyć takiego widoku. Granatowa, prawie czarna woda po horyzont, fale jak na morzu, białe, nagie skały schodzące wprost w głębiny i pustka, ogromna pustka.

Dzień 28
Dworcowe leniuchowanie, to jednak nie to co lubimy najbardziej. Znów ruszamy w góry. Tym razem lodowcowy Ałtaj zamieniliśmy na pełne uroku, zielone i już jesienne góry Chamar Daban. Idziemy wąską doliną wzdłuż potoku Babcha. Miejscowi mówili, iż dnem doliny wiedzie wygodna ścieżka, jednak nie po tak obfitych opadach deszczu. Teraz, gdy potoki wezbrały idzie się bardzo ciężko. Ścieżka co chwile gubi się w opadłych liściach tonie w wezbranym potoku. Musimy przedzierać się przez wszechobecną kosodrzewinę, balansować na prowizorycznych kładeczkach przerzuconych przed chwilą przez okoliczne potoki. Pogoda na szczęście dopisuje.

Dzień 29
Po nocy spędzonej w stłoczonym namiocie szybko pakujemy się i dalej w górę doliny. Pod wieczór, po mozolnym podejściu wreszcie stajemy w cyrku polodowcowym szczytu Porożysty. Mamy stąd przepiękny widok na sam Bajkał, gdyż dolina którą podchodziliśmy uchodzi wprost do jeziora. Namioty rozbijamy w ostatniej chwili. Przychodzi bardzo intensywna burza, przetaczająca się z hukiem po okolicznych szczytach. Znów jesteśmy sami, tym razem w sercu Chamar Dabanu. Po burzy niebo płonie czerwonym ogniem, a zachodzące słońce potęguje tylko to wrażenie. Niedługo potem nadciągają pierwsze mgły. Pogoda zdaje się pogarszać na dobre.

W Chamar Dabanie

Dzień 30
Leje od rana, cóż robić? Budujemy z dostępnego materiału coś na kształt sporego szałasu. Przynajmniej nie pada na głowę. Jest to nasz azyl na najbliższe dni. Mgły gęstnieją z każdą chwilą. Co chwila przechodzą nowe nawałnice deszczu. Mimo iż jest dopiero początek września, czuć już późną jesień.

Dzień 31
Poranek budzi nas mniejszymi mgłami. "Na lekko" wchodzimy na pobliski szczyt. Mgły pozostają w dolinach. Wreszcie coś widać. Tu, zdawać by się mogło, że pod stopami łagodne, zielone i bardzo niedostępne łany nieprzebytej kosodrzewiny. Tam dalej, na granicy z Mongolią, najwyższe skaliste szczyty. Za plecami zaś tonący w chmurach Bajkał. Nagle pogoda załamuje się. W ciągu kilku minut nachodzą deszczowe chmury. Widoczność spada do kilku metrów. Znów rozpętuje się burza.

Dzień 32
Dość siedzenia w miejscu, zwijamy obozowisko i planujemy przenieść się na drugą stronę grzbietu. Pogoda jest jednak fatalna, widoczność spadła do kilku metrów. W gęstej mgle zdobywamy najwyższy szczyt w okolicy - Pik Porożysty. Schodząc stromą skalną granią wreszcie osiągamy upragniona przełęcz. Powoli schodzimy w dolinę. Mgły podnoszą się, pogoda nieznacznie poprawia się. O słońcu nie mamy co jednak marzyć. Biwakujemy nad dzikim, niewielkim jeziorkiem, po drugiej stronie przełęczy. Mimo braku jakichkolwiek śladów innych turystów czujemy się dość bezpiecznie. Góry o tej porze roku są wyludnione, a jedynym zagrożeniem okazać się mogą tylko dzikie zwierzęta.

Na jesiennym biwaku w Chamar Daban

Dzień 33
Tego by się nikt nie spodziewał. W nocy spadł śnieg, okrył białym puchem wszystko dookoła i niestety sypie nadal. Składamy mokre namioty, zakładamy mokre buty i zaczynamy mozolne tysiącmetrowe zejście do doliny rzeki Sołzan. Śnieg sypie z każdą chwilą coraz mocniej, a tracąc wysokość przeradza się w deszcz, a potem w rzęsistą ulewę. Brniemy ostro w dół, przedzierając się bez jakiejkolwiek ścieżki w gęstej kosodrzewinie. Cały czas leje. Jesteśmy już kilkanaście godzin w drodze. Nie mamy nawet siły zatrzymać się i zrobić coś do jedzenia. Aby do doliny, tam powinna być ścieżka. Późnym wieczorem wyczerpani do granic wytrzymałości i przemoczeni di suchej nitki stajemy na dnie doliny. Niestety rzeka wystąpiła z brzegów i ze ścieżki nie pozostał nawet ślad. Rozstawiamy namioty w strugach ulewnego deszczu i nie mogąc rozpalić ogniska bez kolacji idziemy spać.

Dzień 34
Nad ranem budzi mnie okropny krzyk z sąsiedniego namiotu. W nocy Sołzan tak przybrał, że w namiocie wody jest po kostki. Wykręcamy śpiwory, chyba nikt z nas nie ma już nic suchego i czym prędzej rozpoczynamy zejście do wylotu doliny. O wygodnej drodze nie ma co marzyć, cała dolina wypełniona jest całkowicie wodą. Nie widać gdzie zaczyna się, a gdzie kończy pobliska rzeka. Wszędzie widać tylko wodę. Brniemy po kolana, po pas. Ściany doliny są tak strome lub tak gęsto porośnięte kosodrzewiną, że nie można iść wygodniej. Wreszcie docieramy wieczorem w strugach ulewnego deszczu do Bajkalska, niewielkiego miasteczka nad samym Bajkałem i ostatnim pociągiem udajemy się do Utulika. Przemoczeni do suchej nitki nocleg znajdujemy w "Bazie Oddycha Czajka".

Dzień 35
Gorąca bania i nocleg przy grzejniku stawiają nas na nogi. Pogoda, jak na ironię losu robi się wspaniała. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Spacerom nad brzeg jeziora nie ma końca.

Dzień 36
To niestety już przed ostatni dzień nad Bajkałem. Ruszamy pociągiem w stronę Ułan-Ude. Widoki, ach szkoda mówić. Po lewej stronie woda po horyzont, a po prawej, skąpane w promieniach zachodzącego słońca, ośnieżone szczyty gór Chamar Daban. Mając sentyment do niewielkich stacyjek kolejowych, znów śpimy na dworcu. Tym razem w Babuszkinie.

Dzień 37
Rozpoczyna się powrót do Polski. Przed nami blisko siedem tysięcy kilometrów i siedem stref czasowych. W domu będziemy za siedem dni. Hm, szczęśliwa siódemka.

Wyprawa nasza trwała 43 dni. Przejechaliśmy blisko dwadzieścia tysięcy kilometrów. Byliśmy w Ałtaju, gdzie zdobyliśmy Biełuchę - najwyższą górę na Syberii, podziwialiśmy Bajkał, zmierzyliśmy się z bezkresną i dziewiczą przyrodą gór Chamar Daban, a czy było warto oceńcie sami.

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.