Fotografia podróżnicza

BOLIWIA – TYBET AMERYKI

Wysokość uderza nas już na samym początku. Coraz ciężej oddychać, szumi w głowie, obraz staje się zamazany. Jesteśmy przecież na wysokości ponad czterech tysięcy metrów i w dodatku dotarliśmy tu z poziomu morza.

Samolot bardzo ostrożnie podchodzi do lądowania na płaskowyżu Altiplano. Przed chwilą minęliśmy wysoki, sześciotysięczny pas Andów. Ośnieżone szczyty, wielkie lodowce i wszechobecna pustka – tak wygląda środkowa Boliwia z lotu ptaka. W pamięci mamy wspaniały film „Alive - dramat w Andach”, o katastrofie lotniczej. Dosyć niepewnie czujemy się więc w naszym Boeingu 727, w takim samym jaki rozbił się niegdyś w pobliskiej Argentynie.

La Paz od pierwszych chwil robi na przyjezdnym wręcz niesamowite wrażenie. Z płaskiego Altiplano, gdzie znajduje się port lotniczy i duże przemysłowe miasto El-Alto, zjeżdżamy kilkaset metrów na dno krateru. Okoliczne wzgórza porastają niewielkie, prymitywne domki. Nowoczesne centrum miasta, ze szklanymi drapaczami chmur zajmuje niższe części – tam warunki do mieszkania nie są aż tak surowe. Jesteśmy w najwyżej na świecie położonej stolicy.

Boliwia to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Południowej. Kraj, który w wyniku kilku wojen stracił sporą część swojego terytorium. Dostęp do Pacyfiku w wyniku wojny z Chile, tropikalną część Amazonii na korzyść Brazylii i urodzajne tereny Gran Chaco podczas wojny z Paragwajem. Boliwia to taki trochę „chłopiec do bicia”. To na nią spada wiele nieszczęść ówczesnego świata. Otoczona przez dużo bogatsze od niej Brazylię, Argentynę, Chile, Peru jest jak miejsce gdzie czas się zatrzymał. Jest jak Tybet – tylko, że nie w Azji, lecz w Ameryce. Za sprawą licznych protestów i demonstracji, które nierzadko doprowadzają do upadku rządu, a nawet do obalenia prezydenta, możemy spodziewać się powszechnych zamieszek – szczególnie w La Paz. Blokady dróg i wiele innych trudności dla przeciętnego turysty są tutaj na porządku dziennym. Ale Boliwia to także jeden z najpiękniejszych krajów Ameryki Południowej. Połowa kraju to wysokogórski płaskowyż leżący pomiędzy dwoma pasmami Andów. Na wschodzie z Cordilierą Real i wysokimi, ośnieżonymi szczytami Ilimani, Potosi, Ancohumą, a na zachodzie z wulkanicznym pasmem, gdzie znajduje się najwyższy szczyt kraju Sajama o wysokości grubo ponad sześciu tysięcy metrów. Na północy Altiplano zobaczymy także jedno z najwspanialszych jezior świata, Titicaca. To także najwyżej położone na świecie jezioro żeglowne. To tu, zdecydowano się przenieść na grzbietach mułów i lam parowiec aby ponownie go zmontować nad brzegami jeziora. Przetrwał on później wiele lat jako niesłychana atrakcja.

Południowe skraje Altiplano, pogranicze Boliwii, Chile i Argentyny to krajobraz iście księżycowy. Tutaj znajduje się największe solnisko świata – Salar Uyuni, wspaniałe laguny, czyli wysokogórskie jeziora i oczywiście pustynia Atakama – najsuchsze miejsce na ziemi. Tu deszcz prawie nigdy nie pada.

Druga część Boliwii, ta leżąca na wschód od Altiplano, tuż za sześciotysięcznym pasmem Cordiliery Real, to nizina Amazonki. Porośnięta w zdecydowanej większości przez wiecznie zielone lasy deszczowe, z misterną siecią leniwie płynących rzek – dopływów wielkiej Amazonki. To tu można zobaczyć wspaniałą różnorodność florystyczną, a także niezliczone wprost gatunki zwierząt. Kajmany dorastające do czterech metrów, obrośnięte legendą dwunastometrowe anakondy, pumy, jaguary, kapibary…

Wspaniałe krajobrazy wysokogórskiego Altiplano, ośnieżone andyjskie szczyty oraz nieprzebyta dżungla amazońska, to właśnie druga, poza tłem gospodarczym, twarz Boliwii – Tybetu Ameryki.

Naszą przygodę, z tym niesłychanie pięknym i ciekawym krajem Ameryki Południowej, rozpoczynamy w La Paz, największym mieście i jednocześnie siedzibie rządu i prezydenta.

Prawie dziewięćdziesiąt procent Boliwijczyków to rodowici Indianie. Widać to doskonale przechadzając się wąskimi uliczkami starego La Paz, gdzie wiele budynków pamięta jeszcze czasy konkwistadorów, a najwspanialsze zabytki wybudowane są w hiszpańskim stylu. Mijamy Iglesia de San Francisco, Santo Domingo, Palacio Presidencial, Plaza Murillo… Pomimo dużej wysokości nad poziomem morza, bo dochodzącej w samym La Paz do trzech tysięcy ośmiuset metrów, rdzenni Boliwijczycy radzą tu sobie doskonale. Potomkowie Inków, aby przystosować się do dużej wysokości oraz nie odczuwać głodu i zmęczenia żują liście koki. Niewielką, misternie zwiniętą kulkę, umieszczoną w ustach można zobaczyć praktycznie na każdym kroku, również w dużych miastach. Ta rytualna używka, pomimo iż jej uprawa jest zakazana przez prawo, jest sprzedawana na licznych straganach, a jej posiadanie jest co dziwne, jak najbardziej legalne.Sucre to stolica konstytucyjna Boliwii, to także wspaniałe kolonialne miasto. Tak różne od zatłoczonego i gwarnego La Paz. Sucre to miasto trochę prowincjonalne, położone nieco na uboczu, z dala od głównych szlaków komunikacyjnych, czy to na Altiplano, czy do Amazonii. Liczne zabytki doskonale pamiętające czasy hiszpańskie wpisano na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Można godzinami spacerować po cichych zaułkach, tym bardziej że klimat jest tu dużo łagodniejszy niż w położonym znacznie wyżej La Paz. Sucre leży bowiem na przedgórzu Andów na wysokości niespełna dwu i pół tysiąca metrów. Nieopodal tej stolicy konstytucyjnej Boliwii, znajduje się bardzo malownicza wioska Tarabuco, gdzie odbywa się coniedzielny, niesłychanie gwarny i kolorowy targ. Indianie, rodowici mieszkańcy tych ziem, sprzedają tu wyroby z wełny lam i alpak, skórzane kapelusze, egzotyczne owoce.

Do Potosi, najwyżej położonego miasta na świecie, docieramy po kilkugodzinnej podróży z Sucre. Autobus bardzo powoli zdobywa wysokość. Cóż, do pokonania mamy w pionie dwa tysiące metrów.

Potosi było niegdyś najbogatszym miastem „nowego świata”. To tu odkryto największe złoża srebra. Kruszec, o niespotykanej czystości, był wydobywany jeszcze do połowy dziewiętnastego wieku i prawie w całości transportowany do Europy. Obecnie w licznych kopalniach wydobywa się rudy niklu i cynku. Pięciotysięczny szczyt górujący nad miastem podziurawiony jest jak ser szwajcarski niezliczoną wprost liczbą chodników i sztolni. Trzysta lat eksploatacji zrobiło swoje. Wchodzimy do wnętrza góry wąskimi korytarzami, przeciskamy się ciemnymi szybami. Temperatura wewnątrz dość znacząco wzrasta. Robi się duszno i gorąco. Nasze obawy zdają się potęgować głuche dudnienia i sypiący się na głowę urobek. To wystrzały na sąsiednich chodnikach. Przecież kopalnia wciąż jest czynna. W czasie trzystu lat eksploatacji złóż zginęło tu prawie osiem milionów ludzi.

Poranek budzi nas przeraźliwym zimnem. Temperatura spadła do minus dwudziestu stopni. Cóż, znajdujemy się na wysokim Altiplano, na bezdrożach południowej Boliwii, na skraju pustyni Atakama.

Naszą czterodniową podróż, przez jałowe pogranicze boliwijsko-chilijskie rozpoczynamy w niewielkim miasteczku Uyuni. To tu, w odległości zaledwie kilku kilometrów znajduje się największe solnisko świata – Salar Uyuni. Kilkaset kilometrów kwadratowych zupełnie płaskiej powierzchni i tylko daleko na horyzoncie dymiące sylwetki wulkanów – takiego widoku nigdy się nie zapomina. Salar to dno wyschniętego, słonego niegdyś jeziora. Teraz krajobrazy są wprost nierzeczywiste. Wszechobecna sól i to po horyzont. Jednak największe wrażenie robi z całą pewnością, nie ogromna, słona pustka samego salaru, lecz niewielka, znajdująca się na jego środku, wyspa. Niezamieszkała Isla de Pescado porośnięta jest przez istny las kaktusów. Te największe mają po tysiąc lat i dorastają do dwunastu metrów.

Dalszą podróż kontynuujemy samochodem terenowym w stronę południowej granicy kraju. Tu nie ma żadnych dróg. Nie mijamy też praktycznie żadnych wiosek. Warunki są tu niesłychanie niesprzyjające. Jałowe tereny, z rzadka porośnięte przez andyjskie trawy, wulkany na horyzoncie i przeraźliwe zimno.

Dojeżdżamy do niewielkich lagun, czyli wysokogórskich jezior. Te największe, jak Laguna Verde, Colorada i Celeste przyjmują niesamowite wprost barwy. Od krwistej czerwieni przez turkus po głęboką zieleń. To wszystko za sprawą glonów, jedynych roślin, które radzą sobie z tym środowiskiem, niską temperaturą, wysokością dochodzącą do pięciu tysięcy metrów i huraganowymi wiatrami. Ku naszemu zdziwieniu rejon południowej Boliwii nie jest jednak całkowicie pozbawiony życia. Możemy zobaczyć tu flamingi i lamy.

Krajobraz z czasem przybiera wprost piekielny wygląd. Znak, że dojeżdżamy do gorących źródeł i błotnych wulkanów. Wszystko wokół paruje. Temperatura gorącej wody wyrzucanej z głębi ziemi dochodzi do stu stopni. Gotujące się błoto jest znacznie cieplejsze. Pomimo mocno świecącego słońca panuje jednak przeraźliwe zimno. Grubo poniżej zera stopni. Południowe skrawki Altiplano to teren bardzo aktywny wulkanicznie.

Titicaca zwana błękitnym okiem Ameryki Południowej to najwyżej położone, żeglowne jezioro świata, znajdujące się na wysokości trzech tysięcy ośmiuset metrów na granicy Peru i Boliwii. O ile część peruwiańska jest dość turystyczna, o tyle w Boliwii możemy poczuć się jak prawdziwi odkrywcy. Przepływamy niewielkim kutrem na wyspę słońca. To tu, wedle wierzeń Inków, zrodził się najważniejszy z panteonu – bóg Słońca.

Sama wyspa nie jest zbyt duża. Dwa dni wystarczają na trekking z północnej części wyspy do niewielkiego portu leżącego u jej południowych brzegów. Wędrując łagodnymi stokami możemy bez większej trudności zdobywać kolejne czterotysięczniki. Cóż, to tylko dwieście metrów ponad taflą wody.

Po szesnastu godzinach mozolnej podróży, przez bezdroża północnej części płaskowyżu Altiplano, docieramy w Cordilierę Apolobambę. W zapomniane góry pogranicza boliwijsko-peruwiańskiego. Z niewielkiej wioski Curva rozpoczynamy kilkudniowy trekking, przez wysokie pięciotysięczne przełęcze, w stronę północną do Pelechuco.

Z dala od uczęszczanych szlaków andyjskich, czy to w Chile, czy Peru, Apolobamba jawi się nam jako góry jeszcze nie odkryte, góry dzikie i bezludne. Przez kilka dni obcowania ze wspaniałą, dziewiczą przyrodą, nie spotykamy innych turystów. Nasza trasa prowadzi jedynie przez trzy niewielkie osady pasterskie o dźwięcznie brzmiących nazwach: Incacancha, Piedra Grande, czy Hilo Hilo.

Tu czas jakby się zatrzymał. Do większości miejsc można dostać się jedynie na własnych nogach. Trekker skazany jest wyłącznie na siebie i towarzyszy podróży. Ale to właśnie dlatego, jest to najpiękniejsza forma obcowania z dziką, czasem niebezpieczną przyrodą. Z dala od cywilizacji i wszelkich problemów.

Nad prawie płaską powierzchnią Altiplano wznoszą się niczym majestatyczne piramidy jedne z najwyższych szczytów środkowych Andów. To ośnieżone wierzchołki Parinacoty, Pomerape i Sajamy. Dotarcie tu, w to jakże odludne i jałowe miejsce, zajmuje blisko dziesięć godzin, jadąc drogą z La Paz do granicy z Chile. Jednak trudy podróży wynagradzają niesamowite wprost widoki. Znajdujemy się na zachodnim krańcu płaskowyżu, w rozległej kotlinie, u stóp najwyższego szczytu Boliwii. Prawie płaska, ale jakże wysoko położona, powierzchnia Altiplano, poprzecinana jest niewielkimi rzekami biorącymi swój początek w gorących, wulkanicznych źródłach. Pomimo niesłychanie suchemu klimatowi, ta obecność wody spowodowała bujny rozwój andyjskich traw nad brzegami strumieni. Można tu więc spotkać niezliczone stada alpak, lam i wikuni – rodowitych mieszkańców Andów.

Wschód słońca zastaje nas na wysokości około pięciu tysięcy ośmiuset metrów, tuż pod kopułą szczytową Huyana Potosi, jednego z andyjskich sześciotysięczników w paśmie Cordiliera Real. Mozolne podejście rozpoczęliśmy już cztery godziny wcześniej po to, by najtrudniejszą część lodowca pokonać jeszcze w nocy, wtedy gdy lód jest twardy, a szczeliny nie tak niebezpieczne jak podczas dnia. Wspinaczkę kontynuujemy przez rozległe pola penitentów, czyli tak zwanych śniegów pokutujących. Te ostatnie trzysta metrów jest najtrudniejsze. Nastromienie terenu rośnie, trzeba niesłychanie uważać. Asekurując się i będąc cały czas związani liną powoli zdobywamy wysokość. Wreszcie po sześciu godzinach od wyjścia z obozu położonego prawie dziewięćset metrów niżej stajemy na wierzchołku. Widoki są wprost niesamowite. Na północy dumnie góruje masyw Ancohumy-Ilampu, wysokich sześciotysięczników. Trochę bardziej w lewo widać błękitne wody jeziora Titicaca, odległe od nas o dobre sto kilometrów. Patrząc jeszcze bardziej na zachód doskonale widać Altiplano z przemysłowym miastem El-Alto. Tuż obok niego teren nagle opada na dno wielkiego krateru, gdzie możemy dojrzeć niewyraźne zarysy La Paz. Nad miastem góruje jeden z najtrudniejszych szczytów w Boliwii – Ilimani, kolejny sześciotysięcznik. Widok zamyka, patrząc na wschód, niezwykle rozległe obniżenie. Zdawać by się mogło, że na wyciągnięcie ręki teren gwałtownie opada o pięć tysięcy metrów. To Amazonia. Tam ruszymy następnego dnia.

Pędzimy „na złamanie karku” wąską, szutrową drogą, stromo w dół. Nagle, kątem oka spostrzegam tuman kurzu, na chwilę tracę z oczu to, co znajduje się przede mną. Jeden nieostrożny ruch może mnie kosztować zdrowie, a nawet życie. Po chwili słyszę przeraźliwy krzyk młodego Irlandczyka – współtowarzysza przygody. On w porę nie zauważył leżącego na środku drogi, sporej wielkości kamienia. Zgrzyt hamulców, ostre hamowanie i niestety złamany obojczyk – to częste ze skutków karkołomnego zjazdu rowerowego najniebezpieczniejszą drogą świata – „drogą śmierci”.

Zjazd rozpoczynamy na przełęczy La Cumbre na wysokości czterech tysięcy siedmiuset metrów, aby zakończyć go w leżącym przeszło trzy i pół tysiąca metrów niżej Coroico. Na długości blisko pięćdziesięciu kilometrów droga obniża się do nieco ponad tysiąca metrów nad poziomem morza, co powoduje że spadek jest znacznie większy niż na większości wysokogórskich dróg na świecie. Poczucie grozy potęguje również fakt, iż droga ma niecałe cztery metry szerokości, pozbawiona jest asfaltu i wykuta została bezpośrednio jako skalna półka. Na dodatek cały czas musimy mijać się, z jadącymi z przeciwka, wielkimi ciężarówkami, a przepaście dochodzą do ośmiuset metrów. Droga ta zyskała złą sławę za sprawą licznych wypadków. Rocznie spada tu w przepaść około stu samochodów. O rowerzystach nikt na szczęście nie wspomina. Drogą śmierci zjeżdżamy z wysokich Andów do Amazonii.

Docieramy do Rurenabaque, niewielkiego miasteczka położonego nad brzegami rzeki Beni, dopływu Amazonki. Przemieszczając się z wysokiego Altiplano doznaje się tu pewnego szoku wysokościowego, temperatury, szoku bogactwa przyrody. W tym sennym miasteczku jest cieplej o dobre dwadzieścia stopni niż w Andach, co przy iście piekielnej wilgotności, robi się nie do zniesienia. Jednak bogactwo form życia zachwyca i niesłychanie kontrastuje z jałowym płaskowyżem andyjskim. Tam było zimno i sucho, tu jest gorąco i wilgotno, a na dodatek roi się od komarów. Aby w pełni docenić bogactwo Amazonii musimy wybrać się w dwa miejsca, na pampę i do selwy.

Na pampę, czyli w trawiaste zarośla najłatwiej dostać się czółnem płynąc w górę rzeki. Po kilku godzinach rejsu docieramy nad brzegi rzeki Jumani. Znajdujący się dalej park narodowy zamieszkany jest w dużej mierze przez niezliczone wprost ilości zwierząt. krokodyli, aligatorów i kajmanów. Te ostatnie dochodzą swą wielkością nawet do pięciu, sześciu metrów. Te olbrzymie gady za swoje żerowiska upodobały sobie zakola leniwie płynącej rzeki, niewielkie rozlewiska i przybrzeżne szuwary. Przemieszczając się dalej w głąb pampy docieramy na rozległe, wysychające w porze suchej bagniska. Jednym z najczęściej spotykanych tu zwierząt będzie anakonda, której dorosłe osobniki dorastają nawet do dwunastu metrów. Pampa to także królestwo ptaków, licznych marabutów, czapli i warzęch. To tu możemy także zobaczyć żółwie błotne, największego gryzonia kapibarę, a także pokusić się na karmienie z ręki niewielkich, ale jakże zwinnych małpek. Jednak największą atrakcją będzie zapewne nocne łowienie piranii.

Selwa to typowa amazońska dżungla, typowy wiecznie zielony, podrównikowy las deszczowy. To tu, spacerując po podłożu mamy nad głowami niesłychanie wysokie konary gigantycznych wprost drzew epifitycznych, których wysokość dochodzi nawet do trzydziestu metrów. Większość drzew to tak zwane drzewa baldachimowe, które dzięki swej niesłychanie rozłożystej koronie całkowicie ograniczają dostęp światła słonecznego do podłoża. W selwie cały czas panuje półmrok, dlatego robiąc każdy, nawet najmniejszy krok musimy niesłychanie uważać, aby nie nadepnąć na występujące tu dość powszechnie olbrzymie tarantule, czy jadowite mamby. Zobaczyć duże zwierzęta jest jednak niebywale trudno. Jedynie w nocy, gdy słychać przeraźliwe okrzyki i czuć, że dżungla żyje wytrawne oko może dojrzeć błyszczące ślepia pumy, czy jaguara. Dość powszechne są odgłosy stada pekari i nawoływania ptaków.

Amazonia to zupełnie inny świat, świat rządzący się swoimi prawami. To kraina, która nieświadomego intruza może nawet zabić i to bez większego trudu w przeciągu zaledwie paru chwil.

Boliwia to wiele andyjskich „naj”. Najwyżej położona stolica, lotnisko, miasto, żeglowne jezioro. To kraj, o którym z powodzeniem można powiedzieć, że jest najciekawszy w całej Ameryce Południowej. To miejsce na pewno godne zobaczenia. Ośnieżone szczyty, wulkany, parna Amazonia i jakże egzotyczni mieszkańcy – potomkowie Inków.

 

 

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.