Fotografia podróżnicza


Oman


Gdzie by tu pojechać z maluchem?

Oman... Hmm cóż przeciętny Polak wie o tym kraju? Na pewno to, że to jedyny kraj na „O” i świetnie pasuje do gry inteligencja (państwo, miasto...) Raczej kojarzy, że ma coś wspólnego z ropą naftową oraz że leży w Azji. Poza tym wiedza o Omanie jest raczej znikoma.

Przygotowania

Nasz wyjazd do Omanu planowaliśmy rok temu. Jednak, gdy okazało się, że powiększy nam się rodzina, mimo zarezerwowanych biletów lotniczych, opracowanej trasy i umówionej grupy, postanowiliśmy zrezygnować z wyjazdu. W lipcu przyszła na świat Iga. Rozwijała się prawidłowo, rosła „jak na drożdżach”, a nam po głowach chodziły myśli o pierwszym wspólnym wyjeździe z naszym maluchem. Postanowiliśmy gdzieś pojechać jak Iga skończy pół roku, będzie miała zrobione obowiązkowe szczepienia, a także nie będzie jeszcze samodzielnie przemieszczać się, co ułatwi kontrolę wkładanych do buzi przedmiotów. Pojawiło się najważniejsze pytanie gdzie jedziemy??? Miejsce, do którego moglibyśmy pojechać z Igą musiało spełniać wiele warunków. Przede wszystkim bezpiecznie pod względem zdrowotnym, żadnych malarii, ameb i tym podobnych. Poza tym raczej ciepło gdyż zimowa czapka i kombinezon to nie jest to, co nasze dziecko lubi najbardziej. Kolejnym warunkiem była oryginalność i egzotyka miejsca no i oczywiście ogólne bezpieczeństwo w kraju. Zasiedliśmy nad Atlasem Geograficznym Świata i zadumaliśmy się... Półkula południowa raczej odpadała gdyż za daleko, duża różnica czasu no i na raczej nieopłacalne jak na trzytygodniowy wyjazd. Zaczęliśmy szukać bliżej. Pomysł Europy południowej jakoś nas nie zachwycił, Afryka też nie bardzo. Cóż pozostała wielka Azja i znów nasze oczy skierowały się na Oman. Spełniał wszystkie warunki a poza tym mieliśmy już mapę, przewodnik i ogólne pojęcie o kraju. W wielkiej tajemnicy przed wszystkimi zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu.

Jak się okazało wyjazd z małym dzieckiem gdzieś dalej wymaga przede wszystkim dobrego planowania i organizacji. Zaszczepiliśmy więc naszego brzdąca na wszystko co konieczne, zakupiliśmy petardę słoiczków z obiadkami i deserkami, nowy, bezpieczny, wygodny fotelik samochodowy oraz jeszcze wiele innych akcesoriów potrzebnych do podróży na Półwysep Arabski. Najtrudniejszą rzeczą okazało się poinformowanie dziadków Igi o miejscu gdzie jedziemy. Postanowiliśmy skrócić im nerwy oraz uniknąć długotrwałych marudzeń i powiedzieliśmy im o wyjeździe na półtora tygodnia wcześniej. Nie było lekko... Pojawiły się nawet propozycje uprowadzenia Igi... I tak ku zgrozie naszych rodziców a dziadków Igi ruszyliśmy do Omanu 20 lutego.

Oman?

Oman okazał się wymarzonym krajem na pierwszy daleki wyjazd z dzieckiem – czysty, bezpieczny i przewidywalny. Jak wyglądało nasze podróżowanie po Omanie?

Zwiedzanie

Chcieliśmy sprawnie i w miarę szybko przemieszczać z miejsca na miejsce. Postanowiliśmy wypożyczyć na lotnisku samochód. Był to strzał w przysłowiową dziesiątkę, gdyż dzięki temu naszą podróż uzależnialiśmy od samopoczucia i nastroju Igi, a nie od rozkładów autobusów. Iga podróżowała w przyjemnej temperaturze, obniżanej skutecznie przez klimatyzację, siedząc w swoim wygodnym foteliku. Jedynym mankamentem tego typu przemieszczania się była konieczność zabawiania jej podczas przejazdów. Zawodne okazały się zabrane z Warszawy zabawki, a różne dziwne rzeczy spełniały tą funkcję wyśmienicie. A były to: zaślepka do aparatu, puste pudełko po chusteczkach do nosa, pusta plastykowa butelka po wodzie, folderki ze zwiedzanych miejsc. Oczywiście trzeba było pilnować by nasza pociecha nie przystąpiła do konsumpcji wyżej wymienionych przedmiotów. W chwilach kryzysowych przydawały się baloniki i dyktafon będący świetnym gryzakiem. Samochód, a raczej bagażnik spełniał jeszcze jedną ważną funkcję był rewelacyjnym przewijakiem. Duża, płaska powierzchnia bagażnika, z ciekawymi światełkami sprawdzała się w tej roli idealnie, a Iga była zachwycona, gdy mogła się tam chwilę pobawić.

Noclegi

Noclegi w Omanie należą do bardzo wygodnych, aczkolwiek nie zawsze tanich. Nie znajdziemy tu typowych hoteli klasy turystycznej – najtańsze noclegi oscylują w granicach 60 zł/os. i są rzadkością. Najczęściej za nocleg ze śniadaniem trzeba było zapłacić około120 zł/os. Wygodną sprawą były duże podwójne łóżka, gdzie mogliśmy spać we trójkę. Nie zabraliśmy dla Igi łóżeczka turystycznego, ze względu na jego gabaryty i wagę, więc trzeba było radzić sobie w taki sposób. Nocowaliśmy też w namiocie na bezludnej plaży nad Morzem Arabskim. Trochę martwiliśmy się jak Iga będzie się czuła w takich odmiennych warunkach. Nasze obawy były jednak niepotrzebne. Iga doskonale spała, sam namiot okazał się świetnym i bezpiecznym miejscem do różnych zabaw.

W Omanie taka forma spędzania wolnego czasu jest bardzo popularna. Często można spotkać całe rodziny (najczęściej mieszkających tutaj „białych”) z namiotem gdzieś w górach, w interiorze lub bezpośrednio nad oceanem.

Jedzenie

Zabraliśmy dla Igi słoiczki z deserkami i obiadkami na cały wyjazd. Dzięki temu nie musieliśmy biegać po sklepach i dokupywać niczego na miejscu. Oczywiście w Omanie jest świetnie rozwinięta sieć supermarketów, gdzie można kupić kaszki i słoiczki z jedzeniem dla dzieci.

My żywiliśmy się tam gdzie Omańczycy, czyli w przydrożnych barach, w restauracjach i knajpkach w miastach. Jako rodzina najczęściej byliśmy kierowani do osobnej sali przeznaczonej właśnie na rodzinne obiady. Było to bardzo wygodne, bo gdy bar był tradycyjny i jadło się na podłodze to Iga mogła buszować po w miarę czystym dywanie. Z kolei w bardziej nowoczesnych miejscach były nawet dziecięce foteliki. Takie rodzinne pomieszczenia pełnią jeszcze jedną funkcję. Gdy mężczyzna przychodzi na obiad z żoną bądź z rodziną, to kobiety mogą bez skrępowania spożywać posiłek. Jak wiadomo nie da się jeść z zasłoniętą twarzą, a większość kobiet w Omanie właśnie tak wygląda opuszczając swój dom. W barach czy restauracjach jednak najczęściej można spotkać tylko mężczyzn. Wówczas jedzą oni wspólnie, głośno dyskutując o męskich sprawach.

Zakupy

Zakupy w Omanie to sama przyjemność. W Muscacie znajdziemy wielkie hipermarkety z bogatym asortymentem dla dzieci. Także produkty żywnościowe są takie same jak w Europie. Podróżujący, którzy nie planują korzystać z barów, czy jeść śniadań w hotelach znajdą tam wiele rzeczy dla siebie.

Zakupy to oczywiście nie tylko markety... W Omanie we wszystkich dużych miastach są świetne bazary nazywane „suk”. Nam najbardziej podobał się suk w Nizwie. Nie za duży, gwarny, ale nie tłoczny. Poza tym nie spotyka się tam wielu turystów. Na zakupy do Nizwy przyjeżdżają mieszkańcy okolicznych miasteczek i wiosek, można więc zobaczyć tam beduinów w turbanach na głowie i beduinki w charakterystycznych maskach na twarzach. Idze wizyty na suku bardzo się podobały. Wyglądała z zaciekawieniem z chusty podziwiając barwność tego miejsca. Wzbudzała też wielkie zainteresowanie sprzedających, co ułatwiało targowanie się. Razem wąchałyśmy pochodzące z Indii przyprawy i afrykańską kawę.

Będąc w Omanie trzeba udać się na targ rybny w Muscacie w dzielnicy Matrah. Oczywiście Igi nie zabraliśmy tam ze sobą, gdyż zapachy ryb i innych owoców morza mogłyby jej się nie spodobać. Targ rybny odbywa się od wczesnych godzin porannych i trwa póki towar nie zostanie sprzedany. Wielkie wrażenie robią dużych rozmiarów tuńczyki, ośmiornice i inne kolorowe ryby pochodzące z raf koralowych okolicznych wybrzeży. Jest to też doskonałe miejsce by podpatrzeć Omańczyków w ich codziennych sprawunkach.

W Matrahu znajduje się również słynny na całym Półwyspie Arabskim, na całej powierzchni przykryty dachem, stary, wielki suk. Niestety mnóstwo tam turystów, którzy momentami dominują wśród kupujących. Innym rozczarowaniem było to, że handlowali tam głównie Hindusi i Pakistańczycy, a nie Omańczycy, co znacznie różniło to miejsce od klimatycznego suku w Nizwie. Na suku można kupić praktycznie wszystko, począwszy od różnorodnych tkanin, ubrań, obuwia, poprzez biżuterię, obrazy i meble, aż do tradycyjnych omańskich mieczy i kadzidła. Z wyjątkiem kadzidła, które występuje tylko w południowym Omanie wszystkie pozostałe rzeczy są sprowadzane z Indii, Pakistanu lub z Afryki. Pamiątek „made in Oman” raczej tu nie znajdziemy.

Co zobaczyliśmy

Z Warszawy lecieliśmy przez Stambuł i Abu Dabi do Muscatu, tu musieliśmy spędzić pięć godzin na lotnisku, czekając na kolejny lot – tym razem na samo południe kraju – do Salalah, nad Oceanem Indyjskim.

W Salalah i jego okolicach spędziliśmy prawie pięć dni. Na lotnisku wynajęliśmy samochód by być maksymalnie mobilnymi. Mieszkaliśmy na skraju miasta w maleńkim, przytulnym hoteliku na samej plaży. Sporo jeździliśmy zwiedzając tą zupełnie odmienną niż północna część Omanu. Jest to region, gdzie podczas monsunu letniego padają deszcze. To ewenement na Półwyspie Arabskim, gdzie przez większość roku nie spada ani jedna kropla. W związku ze specyfiką tego rejonu występują tu gaje palm kokosowych, plantacje papai i bananowców. Te wszystkie owoce oferują przydrożni sprzedawcy w Salalah.

Każdego dnia robiliśmy krótkie wycieczki z Salalah przyzwyczajając się do tego zupełnie innego klimatu i obserwując Igę czy dobrze się tu czuje. Na początku wybraliśmy na wschód do Taq i Mirbat, by zobaczyć, pierwsze dla nas forty. Zwiedzaliśmy je lekkiej burzy piaskowej. Silny wiatr od lądu nawiewał malutkie drobiny piasku, które wciskały się w każdą szczelinę.

Jednego dnia pojechaliśmy na północ, przez malownicze góry Dhofaru, do grobowca biblijnego Hioba. Wjeżdżając na wyniosłe wzniesienie podziwialiśmy rozległe widoki wyłaniające się zza kolejnych grzbietów górskich. W samym grobowcu spotkaliśmy tylko starszego Omańczyka, który zaprowadził nas do tego świętego miejsca. Hiob jest również ważną osobą dla wyznawców islamu, nie było tam jednak innych odwiedzających oprócz nas. We wnętrzu zagłębienie w ziemi, będące miejscem wiecznego spoczynku Hioba przykryte było strojnymi materiałami. Nasz gospodarz zapalił wonne kadzidło i przez chwilę siedzieliśmy tak w zupełnej ciszy.

Innego dnia ruszyliśmy na zachód, aby podziwiać wybrzeże w Mughsayl, poleżeć na bezludnych plażach z pięknym białym piaskiem. Jedynymi towarzyszami w wędrówkach po plaży były brodzące w wodzie długonogie ptaki. Z brzegu udało nam się dojrzeć pływające w pobliżu delfiny, a ze skalnego zbocza w przejrzystej wodzie dostrzegliśmy wielkich rozmiarów żółwie wodne.

Pojechaliśmy też w pobliże granicy z Jemenem, malowniczą drogą, która wspinała się w góry Jabal al-Qama. Tam dotarliśmy do skalistego wybrzeża, gdzie stroma, pionowa ściana obrywała się ośmiuset metrową przepaścią do oceanu. Podczas każdej wycieczki spotykaliśmy stada dromaderów, czyli jednogarbnych wielbłądów, które uwielbiają paść się wzdłuż drogi. Podziwialiśmy też stada różnorodnych ptaków żyjących na plażach, w portach i w małych zatoczkach.

Po tych kilku dniach wróciliśmy znów samolotem do Muscatu. Zaplanowaliśmy ten przelot jeszcze w Warszawie żeby zaoszczędzić Idze ponad tysiąc kilometrowego, w jedną stronę, przejazdu przez interior. Droga prowadzi przez całkowite pustkowie, gdzie jest niewiele do zobaczenia, a palące słońce może zmęczyć każdego.

Po powrocie do Muscatu i zakwaterowaniu się w „portowym” hotelu w Mutrah kilka dni spędziliśmy w samym Muscacie. Zwiedziliśmy wspomniane wcześniej targowiska, wielki meczet sułtana i napawaliśmy się klimatem miasta. Szczególnie polecamy wizytę w wielkim meczecie. Kobiety, aby odwiedzić to miejsce muszą ubrać się odpowiednio, zasłaniając dokładnie nogi i ręce oraz zakładając chustę na głowę. Do wnętrza nie zawsze wpuszczane są dzieci (informacja mówi, że nie mogą do głównej sali wchodzić dzieci do 12 roku życia). Iga grzecznie siedziała w chuście i uśmiechała się do strażników, więc udało nam się tam wejść razem. Wnętrze meczetu robi imponujące wrażenie... Z sufitu zwisają olbrzymie żyrandole, na podłodze leży największy na świecie dywan tkany przez dzieci w Iranie, na ścianach barwne mozaiki. Warto też pospacerować po całym terenie meczetu, który uznawany jest za współczesny cud świata. Przy budowie świątyni wykorzystano wzory i ornamenty islamskie spotykane we wszystkich rejonach świata. Zobaczymy tu mozaiki typowe dla Afryki północnej, Syrii, Mezopotamii, Azji środkowej w stylu otomańskim, timurydzkim, perskim...

Po tych kilku miejskich dniach postanowiliśmy odpocząć na łonie natury. Zmieniliśmy samochód na 4x4 i ruszyliśmy na południowy-wschód drogą wzdłuż wybrzeża. Malownicza i widokowa droga wiodła wzgórzami i dolinami suchych rzek doprowadzając nas na wybrzeże Morza Arabskiego. Po drodze podziwialiśmy małe zatoczki z szalejącymi w nich falami, zagłębienia w ziemi wypełnione czystą zielonawoniebieską wodą zwane Sinkhole i rybackie wioski. Iga w swoim foteliku bardzo ładnie znosiła cały przejazd. Klimatyzacja miło chłodziła powietrze, co w południe było czymś niezastąpionym.

Nocowaliśmy w namiocie na bezludnej plaży, by następnego dnia raniutko ruszyć na wycieczkę do Wadi Shab. Wadi to suche doliny rzeczne na pustyni, które tylko epizodycznie, czyli po nieregularnych opadach, wypełniają się wodą. Wadi Shab nie znajduje się jednak na pustyni, lecz w górach i uchodzi do morza wielkim, głębokim kanionem. Zapakowaliśmy Igę do chusty i ruszyliśmy zacienionym brzegiem rzeki w głąb kanionu. Powoli wspinaliśmy się na kolejne półki skalne pięknie wyprofilowane przez wodę. O tej porze roku poziom wody jest niski, czasem woda znika gdzieś pod powierzchnią ziemi by wyłonić się niespodziewanie w innym miejscu. Po godzinie dotarliśmy do urzekającego miejsca. Białe, wapienne skały wypełnione były zielonkawoniebieską wodą. Woda czysta i przejrzysta o przyjemnej temperaturze zachęcała do kąpieli w ten upalny dzień. Znaleźliśmy wygodne miejsce w cieniu oliwkowego drzewa. Iga rozsiadła się na chuście i bawiła się klockami a my na zmianę zażywaliśmy kąpieli w tym iście rajskim miejscu. Popłynęliśmy w górę rzeki, czasem trzeba było wspinać się po skałach by znów dotrzeć do wody. Ostatni odcinek przepłynęliśmy szerokim korytem rzeki, które w pewnym momencie zaczęło się gwałtownie zwężać i chować gdzieś w skałach. Pozostał jedynie mały przesmyk na powierzchni wody, gdzie mieściła się tylko głowa. Trzeba było przecisnąć się tą kilku metrową szczeliną by dotrzeć do wielkiej groty wypełnionej wodą. Otwór w skałach wpuszczał do groty światło słoneczne powodując, że woda nieziemsko mieniła się. To wszystko sprawiało bajkowe wrażenie, brakowało tylko kufra piratów ze złotymi monetami i kosztowną biżuterią...

Pojechaliśmy dalej do rybackiego miasta Sur. W porcie podziwialiśmy zabytkowe, ponad stuletnie łodzie, którymi Omańczycy pływali do Indii i wschodniej Afryki by przywozić stamtąd niespotykane tu towary. Niedaleko Sur znajduje się unikalne miejsce – plaża Ras al-Jinz.

Na dwa dni zatrzymaliśmy się w Turtles Beach Resort. Chcieliśmy trochę odpocząć po trudach jazdy samochodem oraz by Iga miała cały dzień na powietrzu na leżenie i brykanie po kocu. Wieczorem pojechaliśmy we trójkę na plażę Ras al-Jinz w poszukiwaniu żółwi morskich. Żółwie po zachodzie słońca przypływają na plażę. Wychodzą z morza i poszukują dogodnego miejsca do złożenia jaj. Ta pora roku nie jest ich ulubionym okresem, najwięcej żółwi można tu spotkać w lipcu i sierpniu, gdy są największe upały. Iga smacznie spała w chuście a my wypatrywaliśmy te wielkie gady. Niestety żadnego nie było w zasięgu wzroku. Wróciliśmy do naszego hotelu, z postanowieniem, że następnego dnia przed wschodem słońca Marcin sam pojedzie na poszukiwanie żółwi. Poranna wycieczka okazała się owocna, żółwica składająca jaja była na plaży. Czasem ze względu na dobro i wygodę malucha trzeba zrezygnować z zaspakajania własnych zachcianek.

Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Oglądając rybackie wioski na Morzem Arabskim i robiąc krótką wędrówkę po Wadi Bani Khalid zmierzaliśmy w kierunku największej piaszczystej pustyni Omanu – Wahiba Sands. Po kilku kilometrach piaszczystych bezdroży dotarliśmy do campu położonego wśród piasków. Po krótkim odpoczynku, razem z kierowcą beduinem ruszyliśmy na mały rajd po wielkich wydmach. Iga z tatą na tylnym siedzeniu, ja z aparatem fotograficznym w dłoni na przednim. Szybkie i łagodne podjazdy na wierzchołki wydm, ostre, ale wolne zjazdy w nisze z wywianego piasku. Góra, dół, góra, dół, jak na huśtawce. Wreszcie wjechaliśmy na największe wzniesienie w okolicy, wydmę o wysokości kilkudziesięciu metrów. Słońce powoli zaczynało chować się za dalekie wzniesienia na horyzoncie. Pomarańczowy, miałki piasek migotał w żółto-czerwonych barwach ostatnich promieni słonecznych. Iga z zaciekawieniem dotykała piasku, toż to chyba jedna z większych piaskownic w Azji.

Powoli zostawialiśmy za sobą niezwykłe cuda natury. Przed nami perełki omańskiej architektury – piękne zabytkowe miasta. Późnym popołudniem dotarliśmy do miasta – Birkat al-Mawz – zagubionego pośród gaju palm daktylowych. W tej części Omanu jest bardzo sucho, deszcze są rzadkością. Z pomocą kanałów nawadniających uprawiać tu można palmy daktylowe, co Omańczycy czynią od setek lat w każdej małej i dużej oazie. Birkat al-Mawz też było takim miastem, położonym na zboczu gór dodatkowo pełniło funkcję obronną. Podziwialiśmy malownicze ruiny, które górowały nad wierzchołkami palm a zachodzące promienie słońca dodawały wszystkiemu klimatu jak z „tysiąca i jednej nocy”...

Miastem, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej była Nizwa. Zwiedziliśmy w niej pięknie odrestaurowany fort. Iga jak zwykle wędrowała w chuście i zaglądała z mamą do każdego pomieszczenia podziwiając wysokie łóżka z baldachimami, cynowe skrzynie i naczynia oraz składy daktyli. Od czasu do czasu Iga wyskakiwała z chusty, by posiedzieć sobie na mięciutkim perskim dywanie, uciąć małą drzemkę i odpocząć w chłodzie od upałów panujących na zewnątrz. W Nizwie warto także odwiedzić wspomniany wcześniej suk, gdzie można zrobić orientalne zakupy.

Pojechaliśmy jeszcze dalej na zachód do fortu Jabrin i do Bahli. Warto odwiedzić te dwa miejsca, ze względu na ich rewelacyjną starą zabudowę. W Bahli znajduje się ponad tysiąc letnie fort i otaczające go miasto wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Wiele uroczych chwil można spędzić na spacerach, po jeszcze nie odrestaurowanych uliczkach. Wizyty w zniszczonych zębem czasu domkach i zakamarkach miasta mają prawdziwą magię. Jabrin to fort na skraju pustyni i gajów daktylowych. Jest chyba najciekawszym zabytkiem tego typu w Omanie. Spędziliśmy na wędrówkach po jego zakamarkach prawie pół dnia. Iga dosiadała zabytkowych armat, które przyjemnie chłodziły w ten jak zwykle upalny dzień. Wspinałyśmy się też na wysokie baszty i podziwiałyśmy krajobrazy surowego interioru.

Po nasyceniu ducha ucztą kulturową ruszyliśmy na podbój gór Al-Jabal al-Akhdar pod najwyższy szczyt Omanu – Jabal Shams. Najpierw asfaltowymi serpentynami, następnie drogą szutrową zdobywaliśmy coraz większą wysokość. Po ponad godzinie jazdy dotarliśmy na skraj gigantycznego kanionu na końcu którego, na najwyższym punkcie zbocza znajdował się wierzchołek Jabal Shams. Kanion przypominał Grand Kanion w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy zaskoczeni, że taki cud przyrody zobaczymy w tych jałowych i niedostępnych górach. Podziwialiśmy sylwetkę wielkiej góry, bo prawie trzy tysiącznika i już myślami byliśmy tu za kilka lat, kiedy Iga dorośnie i bezpiecznie będzie można z nią zdobywać takie wysokości.

Pod koniec naszego pobytu w Omanie pojechaliśmy jeszcze zwiedzić forty w Nakhl i Rustaq, a także białe miasto Sohar, ale po wcześniej widzianych zabytkach nie zrobiło to już na nas tak dużego wrażenia.

Wróciliśmy do Muscatu. Chcieliśmy nasz pobyt w Omanie zakończyć z „przytupem” czymś, co pozostanie na długo w pamięci i zostawi niezapomniane wrażenia. W hotelu znaleźliśmy ulotkę reklamującą rejsy po zatoce Omańskiej i oglądanie delfinów... Krótki telefon, czy zabiorą nas z Igą i już byliśmy w porcie. Zapakowaliśmy się na wygodną dość dużą łódkę i wypłynęliśmy na wielką wodę. Rejs był samą przyjemnością. Cała łódka dla naszej trójki, miły doświadczony sternik i chłodna bryza od wody. Wypłynęliśmy kilka kilometrów od brzegu, by być w pobliżu ławic sardynek. Tam też pojawiły się całe stada delfinów. Najpierw płynęły przy łódce, jakby ścigając się z nami. Z zaciekawieniem wynurzały się zaraz obok. Następnie odpłynęły kawałek dalej i zaczęło się prawdziwe przedstawienie. Dziesiątki delfinów, co i raz wyskakiwało na kilka metrów z wody jakby były „lekkie jak piórka”. W ich szarych, połyskliwych ciałach odbijały się promienie słoneczne. Byliśmy zachwyceni tym spektaklem, jaki przygotowały tylko dla nas. Szkoda, że Iga ululana warkotem silnika i bujaniem na falach przespała całe przedstawienie. Delfiny odpłynęły a my udaliśmy się na krótki rejs wzdłuż brzegów Zatoki Omańskiej. Wpływaliśmy do spokojnych zatoczek, podziwialiśmy wysokie klifowe wybrzeża i pięknie piaszczyste plaże. Słoneczko lekko przypiekało i wiał lekki wiaterek. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przy powrocie pojawiły się dość wysokie fale i woda zaczęła wprost wpływać do łódki. Iga była zachwycona, gdy woda co i raz kropiła ją po głowie. My zdecydowanie mniej, gdyż woda była przeraźliwie słona i było jej dość sporo. Mocno przemoknięci, ale zachwyceni całym rejsem wróciliśmy do portu.

Tak zakończyła się nasza przygoda z Omanem.

Czy warto było?

Wyjazd do Omanu można polecić rodzicom z małym dzieckiem. Najlepiej wybrać się w miesiącach zimowych, wtedy jest tam stosunkowo chłodno – temperatura nie powinna przekroczyć 35 stopni. Lato jest zbyt gorące, temperatury przekraczają 50 stopni, a monsunowa wilgoć bez opadów powoduje, że jest nie do wytrzymania. W Omanie każdy znajdzie coś dla siebie. Bardziej aktywni i mobilni mogą poodkrywać tajemnicze zakątki interioru. Bardziej stateczni znajdą wygodne, czyste a także luksusowe hotele nad brzegiem zawsze ciepłego i czystego Morza Arabskiego. Jednym słowem idealne połączenie atrakcji przyrodniczych z kulturowymi. A wszystko bardzo bezpieczne do podróżowania z małym dzieckiem. Polecamy!

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.