Fotografia podróżnicza


Samochodem do Maroka z trzylatkiem


Wielkimi krokami zbliżały się wakacje, a dyskusje nad miejscem, gdzie w tym roku pojedziemy, trwały w nieskończoność… Wciąż coś było nie tak: a to za blisko i mało egzotycznie, a to za drogie bilety lotnicze, a tam będzie chłodno i deszczowo, a tu za gorąco i dużo turystów…Poza tym nasze trzyletnie dziecko było jeszcze zbyt małe na wyjazd w pewne rejony – tu zbyt wysoko, tam choroby tropikalne, a jeszcze gdzieś indziej nie będzie miała co jeść. Ustaliliśmy wreszcie, że jedziemy na wakacje naszym samochodem, po to, by móc zabrać część jedzenia dla Igi z Polski. Wraz z tą decyzją dość istotnie zmniejszyły się możliwości wojażowania. Po długich rozmowach zdecydowaliśmy. Jedziemy na zachód, w Alpy, Pireneje, a może do Maroka..?


PRZEZ EUROPĘ

Zdawaliśmy sobie sprawę, że to dość daleko z Polski, ale mieliśmy dużo czasu, bo prawie dwa miesiące. Myśląc o Idze podjedliśmy decyzję, że w tamtą stronę jedziemy razem. A z powrotem wrócę z Igą samolotem, a Marcin sam powoli dojedzie naszym samochodem. Jak się później okazało najbardziej męczącym etapem naszej podróży był przejazd przez Europę, a to za sprawą koszmarnych upałów, które nawiedziły nasz kontynent tego lata. Już drugiego dnia podróży, na autostradzie w Niemczech, temperatura osiągnęła 37oC. Nawet w Hiszpanii było później chłodniej… Na szczęście mieliśmy sprawną klimatyzację w naszym autku i dzięki temu podczas przejazdów upały nie było dla nas straszne.

Podczas przejazdu przez Europę, Iga miała zapewnione w samochodzie rozrywki – laptop z bajkami, nowe puzzle, pełno książeczek z naklejkami i do czytania oraz nowe gry planszowe, którymi mogła bawić się siedząc w foteliku. Dzięki temu czas upływał jej szybciej, a my sprawnie pokonywaliśmy kolejne kilometry w drodze do Afryki.

Większość noclegów w Europie planowaliśmy spędzić w namiocie. O ile w górach była to sama przyjemność, o tyle nam morzem Śródziemnym było gorąco nie do wytrzymania.


Oprócz upałów, problemem było znalezienie wygodnego campingu w Hiszpanii. Większość z nich była przestarzała i strasznie zatłoczona, przez odpoczywających tam Hiszpanów, którzy mieli na campingach stacjonarne przyczepy, wielkie namioty z lodówkami, pralkami i meblami stającymi tam od wielu lat…Inną sprawą były koszmarnie wysokie ceny za nocleg, sięgające do 40 Euro za naszą rodzinkę z namiotem i samochodem. Z tych powodów, niezbyt długo zabawiliśmy nad morzem Śródziemnym.

Aby urozmaicić nasz przejazd postanowiliśmy zatrzymywać się w górach, by rozprostować i rozruszać zastałe kości. Pierwszy dłuższy postój wypadł w Alpach Francuskich w Chamonix, gdzie nocowaliśmy na bardzo przyjemnym campingu.

Ruszyliśmy na wycieczkę z widokiem na Mount Blanc i okoliczne trzytysięczne szczyty. Iga była zachwycona eskapadą – kijki w dłoń, nowe górskie buty na nóżkach i dalej wspinać się pod górkę. Cieszyliśmy się, że nasze dziecko lubi górskie wędrówki tak jak my.


A szlak był pełen atrakcji, dookoła różowe kwitnące azalie, odpoczynki nad jeziorami z widokiem na lodowce, a do tego spotkanie oko w oko z kozicą. Mimo pięknej pogody i cudownych widoków, nie zabawiliśmy tu zbyt długo, gdyż przed nami był Masyw Centralny.


Po całodniowym przejeździe przez Francję dotarliśmy w stare wulkaniczne góry Masywu Centralnego. Skończyły się duże miasta a zaczęły, malownicze miasteczka z wąskimi uliczkami i kwiatami na oknach i balkonach. Było uroczo.


Noc zastała nas w sercu tych niezawysokich, ale rozłożystych gór. Postanowiliśmy zabiwakować, na dziko nad jednym z jezior. Gdy znaleźliśmy już dogodne miejsce, zerwał się wiatr, naszły czarne chmury i rozpoczęła się burza z gradobiciem. Siedzieliśmy w naszym namiocie lekko oszołomieni, gdyż pioruny raz po raz waliły w oddalone od nas o jakieś 10 metrów jezioro. W przedsionku gotował się obiad, a w garnki raz po raz uderzały ogromne lodowe kulki.


Iga była zadziwiona co się dzieje. Nie pamiętała burz, jakie przeżyła poprzedniego lata, więc nie do końca podobały jej się te hałasy. Na szczęście po godzinie przestało lać, ale cały czas nad nami wisiały posępne chmury. Niestety poranek był podobny, więc podjęliśmy decyzję, że jedziemy dalej i odpuszczamy wycieczki w Masywie Centralnym. Jeszcze tego samego dnia byliśmy na przyjemnym campingu w Pirenejach…

Pireneje były dla nas nowymi górami, które od pierwszej chwili zachwyciły nas i pod wieloma względami przebiły Alpy. Było tu bardzo spokojnie i pusto. Mało turystów, a widoki rewelacyjne. Góry te pod względem rzeźby i charakteru były mieszanką Alp i Tatr – duże przestrzenie, wysoko białe czapy lodowców a w dolinach kosodrzewina i kwitnące azalie błyszczące pośród jezior.


Na jedną z wycieczek wybraliśmy szlak wiodący między kilkunastoma jeziorami. Ścieżka wspinała się na kolejne progi skalane, ponad którymi pojawiały się tafle kolejnych jezior. Wszystko to otoczone było różowymi azaliami oraz soczystą zielenią iglaków, nie wypaloną jeszcze przez letnie słońce.


Miejsce przepiękne i bardzo wygodne do wędrówki z dzieckiem. Iga szalała po kwiecistych łąkach, dzielnie wspinała się po skałach i cudownie bawiła się nad brzegami kolejnych jezior. Innym razem wybraliśmy się na wycieczki osobno, gdyż Pireneje są już dość wysokimi i w wielu miejscach wymagającymi górami.


Marcin ruszył na najwyższy szczyt Pico de Aneto z my spędziłyśmy dzień u podnóża na pięknych rozlewiskach lodowcowej rzeki.

Kolejnym punktem na naszej trasie była Barcelona. Po pustych i komfortowych pod względem temperatury górach wpadliśmy w upał i wakacyjny tłok miasta. Barcelona okazała się fascynującym miastem z pięknymi kamienicami, katedrą i szalonymi budowlami Gaudiego.


Jednak wszystko trochę psuł natłok turystów i kolejki, w jakich trzeba było stać by coś ciekawego zobaczyć. Jeden dzień na zwiedzanie w zupełności nam wystarczył i znów jechaliśmy na południe.

Krajobraz powoli stawał się coraz bardziej surowy. Powoli znikały lasy a zaczynały się skaliste czerwone gleby z rzadko rosnącymi cyprysami. Temperatura też była odpowiednio wysoka, około 33o – 35oC. Środkowa i południowa część Hiszpanii zdawała się być bardzo nieprzyjazna o tej porze roku.


Tak dość szybko dotarliśmy na południe Półwyspu Iberyjskiego a tam naszym oczom ukazał się zupełnie niespodziewany widok. Na horyzoncie pojawiło się coś dziwnie błyszczącego. Powoli zbliżaliśmy się do naszej zagadki, by zorientować się, że to śnieg i lodowce. Przed nami było drugie co do wysokości pasmo górskie Europy – Sierra Nevada, których wierzchołki przykrywały śnieżne czapy. Na naszym termometrze prawie 35oC a przez nami śnieg, było to coś niebywałego. Przejeżdżając przez centrum Grenady, dziwnym trafem wjechaliśmy na główny deptak miasta, po godzinie błądzenia wjechaliśmy na drogę prowadzącą w góry. Kręta droga powoli wspinała się do góry, temperatura z każdą chwilą spadała, było cudownie. Znaleźliśmy przytulny camping, położony w cieniu cyprysów i basenem do naszej dyspozycji i tam zostaliśmy na dłużej.

Kolejne dni spędziliśmy na wędrówkach po Sierra Nevada. Pasmo to jest niesamowicie położone, bo wyrasta na kilkaset metrów ponad wyżyny Półwyspu Iberyjskiego. Dość wysokie trzytysięczne szczyty pokrywają lodowce i wieczne śniegi, które utrzymują się tu nawet podczas upalnego lata. Na dole w Grenadzie ponad 40oC w słońcu a u nas w górach pełen komfort. Wędrowaliśmy po dość jałowych górach, gdyż w wyższych partiach było bardzo mało roślinności, a dominowały skały i śnieg. Iga z zapałem lepiła bałwanki i rzucała śnieżkami, a po południu mogła kąpać się basenie z ciepłą nagrzaną słońcem wodą. O ile w Pirenejach mogliśmy pozwolić sobie na dzikie biwaki, o tyle tutaj był to problem ze względu na wodę. Wiele dolin było bardzo suchych, albo wypełnionych wodą z wytopionego śniegu, która nie była zbyt czysta. Stąd też decyzja o noclegach na campingu. Po zdobyciu przez Marcina najwyższego szczytu – Mulhacen, ruszyliśmy w dalszą drogę. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Grenadzie by zobaczyć Alhambrę. Niestety znów natknęliśmy się na koszmarną kolejkę i tylko cudem udało nam się zobaczyć tą najlepiej zachowaną w Europie mauretańską twierdzę. Tłumy odwiedzających, limitowane wejścia na określoną godzinę i totalny brak atmosfery podczas zwiedzania, spowodowały, że szybko ruszyliśmy w kierunku Gibraltaru.

Niedaleko tego najdalej na południe wysuniętego cypla kontynentalnej Europy, znaleźliśmy przyjazny camping wśród eukaliptusów. Po relaksie w pięknym basenie, gdzie Iga pluskała się jak szalona, pojechaliśmy do Wielkiej Brytanii ;). Po przekroczeniu dość zatłoczonego przejścia granicznego dotarliśmy pod majestatyczną skałę Gibraltaru. Odnaleźliśmy kolejkę linową i tak znaleźliśmy się na skalistej piramidzie górującej nad wszystkim dookoła. Iga była zachwycona, że znów może jechać kolejką, a my widokami, które otwierały się przed nami.


Za wąskim pasem cieśniny Gibraltarskiej widać było, jak na wyciągnięcie ręki, również skaliste, wybrzeże Afryki. Nie spodziewaliśmy się, że „czarny ląd” będzie tak blisko. Ruszyliśmy na poszukiwania małp z rodziny makaków, które ponoć zamieszkują te skały. Ku naszemu zdziwieniu, małpy same nas znalazły i nic sobie nie robiąc z naszej obecności szalały po okolicznych drzewach i ścieżce.


To jedyne miejsce w Europie, gdzie żyją na wolności te zwierzęta, które najprawdopodobniej zostały przywiezione przez Arabów z Afryki. Iga wpatrywała się w nie jak w obrazki, pilnowaliśmy jednak bardzo by zachować odpowiedni dystans od tych przecież dzikich zwierząt. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a my z coraz większą niecierpliwością patrzyliśmy na wybrzeże Afryki. Nigdy nie byliśmy na tym kontynencie, a był on teraz tak blisko, że nie było wyjścia trzeba było jechać w tamtą stronę.

Następnego dnia rano, sprawnie kupiliśmy bilety w jednym z punktów przy głównej drodze i już czekaliśmy na wjazd na prom. Wjeżdżając na terminal, czuliśmy, że tu kończy się Europa a zaczyna nieuporządkowany świat Arabii. Obok nas stało pełno zapakowanych po brzegi samochodów z francuskimi Marokańczykami jadącymi do rodziny na wakacje. Na dachach wypchane bagażniki przykryte niebieskimi plandekami i związane sznurkami, a w środku rodziny z dwójką trójką dzieci. Jeszcze przed wyjazdem z Polski naczytaliśmy się jak to trudno dostać się na prom o tej porze roku, właśnie ze względu na wracających do rodzin mieszkających w Europie Marokańczyków. Jechaliśmy więc z nastawieniem, że spędzimy kilka godzin w kolejce. Ku naszemu zaskoczeniu po dwudziestu minutach byliśmy już po odprawie i wygodnie siedzieliśmy w fotelach na promie. Gdy statek wypłynął z portu, poszłyśmy z Igą na taras widokowy podziwiać fale. Wiało niemiłosiernie a wszystko oblepiała sól. Iga była zachwycona przestrzeniami oraz śladem jaki pozostawiał za sobą nasz prom. Nie chciała wracać do środka. Musieliśmy jednak udać się tam czym prędzej, gdyż pojawił się pan z odprawy, rozdawał papiery do wypełnienia i wstawiał stemple do paszportów. Zdobyliśmy potrzebne druki i pojawił się problem: co my mamy tam wpisać??? Wszystko było po francuski i arabsku. Co się dało uzupełniliśmy, ale najgorzej było z informacjami o naszym samochodzie. Na szczęście siedząca obok dziewczyna, pomogła nam wypełnić poprawnie cały druczek. Potem ustawiliśmy się w długiej kolejce, po odpowiedni stempel w paszporcie. Nim się nie obejrzeliśmy już byliśmy w porcie i trzeba było schodzić do samochodu. Gdy statek dobił do brzegu, zrobiło się straszne zamieszanie, gdyż mimo otwartego wyjazdu nikt nie ruszał. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Tymczasem okazało się, że przy odprawie powinien być jeszcze jeden urzędnik z jakimś innym drukiem na samochód. Nikt nie miał tego druku, więc nikt nie mógł opuścić promu. Po jakimś czasie padło hasło, że zjawił się, nie wiadomo skąd, odpowiedni człowiek i wszyscy kierowcy rzucili się z powrotem na górę. Ci co jako pierwsi zdobyli dokument wracali do samochodów i z niecierpliwością wciskali raz po raz klakson popędzając, nie wiadomo kogo… Tak przez jakiś czas staliśmy w ogólnym ryku klaksonów i silników, aż wreszcie wszyscy przed nami wyjechali i my też. Dopłynęliśmy do nowoczesnego terminala około 60 km od Tangeru. Dalsza odprawa była już bezproblemowa i szybko wyjechaliśmy na autostradę. Udało się byliśmy w Afryce!!!

MAROKO

Pierwsze zetknięcie z Marokiem było bardzo pozytywne – mili pogranicznicy, świetna, pusta droga i z każdą chwilą, gdy kierowaliśmy się nad Atlantyk malejąca temperatura powietrza. Tak dotarliśmy do Asilli pierwszego przystanku na naszej marokańskiej trasie.

Asilla to spokojne portowe miasteczko, położone z dala od utartych szlaków turystycznych. Przyjeżdżają tu głównie Marokańczycy, jako, że jest to jedno z chłodniejszych miejsc w kraju o tej porze roku. W mieście jest całkiem spora baza noclegowa, ale co nas trochę tego pierwszego dnia zszokowało, ceny za pokój są dość wysokie. Po lekkim wybrzydzaniu znaleźliśmy przyjemny pokój w hotelu w pobliżu Medyny. Może warto w tym miejscu wspomnieć o miejscach gdzie nocowaliśmy. Byliśmy w Maroku w lipcu i sierpniu, więc temperatury były dość wysokie. W wielu miejscach, trudno było wytrzymać w pokoju hotelowym, gdy za oknem temperatura sięgała prawie 40oC. Nie chcąc męczyć Igusi i chcąc wypocząć w nocy, staraliśmy się nocować w hotelach z klimatyzacją. Były one droższe, gdyż ceny za pokój, ze śniadaniem, zaczynały się od trzydziestu euro, ale warto było.

Medyna w Asilli jest urokliwym miejscem. Za grubymi murami ukazują się pobielone ściany budynków. Im głębiej w miasto tym ciekawiej, gdyż na ścianach co i raz pojawiały się ciekawe malowidła. W Asilli corocznie, od ponad trzydziestu lat, odbywa się festiwal sztuki nowoczesnej.


W Medynie powstają prawdziwe arcydzieła sztuki, które później przez cały rok można podziwiać. Wędrowaliśmy więc po tej galerii na świeżym powietrzu, rozkoszując się spokojem, atmosferą miasta i szumem rozbijających się o skały fal Atlantyku.

Następny dzień mieliśmy spędzić na plaży. Jednak marokańska przyroda miała dla nas małą niespodziankę. W nocy zaczął wiać silny wiatr ze wschodu, przynosząc żar pustyni oraz miliony ostrych ziarenek piasku i pyłu. Próbowaliśmy rozłożyć się na plaży, ale wichura była tak silna, a ból uderzającego w nogi piasku tak mocny, że musieliśmy szybko stamtąd uciekać.


Kąpiel w oceanie, musiał nam zastąpić basen, co naszemu dziecku bardzo przypadło do gustu. Ocean był dość groźny, szumiał i buczał, co Igę napełniało niepokojem i nie była chętna podchodzić zbyt blisko. Natomiast basen był rewelacyjnym miejscem do zabawy. Od tej pory tatuś musiał często organizować takie hotele słysząc co rano: „Tatusiu będzie dzisiaj hotel z basenem?”

Pierwszym etapem naszej podróży przez Maroko był przejazd z Asilli do Tetouanu. Wygodna droga wiodła najpierw wybrzeżem, a potem zaczęła wspinać się w niezbyt głębokie doliny gór Rif. Ten drugi przejazd przez Maroko przyniósł już inne wrażenia. Wszędzie było dramatycznie brudno, a najbardziej szokowały miliony latających i przyczepionych do krzewów torebek foliowych. Im bliżej miasta tym pobocze i okoliczne tereny zamieniały się w jedno wielkie wysypisko śmieci. Dodatkowo w powietrzu cały czas unosiło się mnóstwo pyłu z Sahary, a niebo przesłaniały chmury. Trochę to wszystko nie zachwycało, ale droga była wygodna i pusta, więc szybko dotarliśmy do drugiego miasta na naszej trasie.

W Tetouan zanocowaliśmy w hotelu Panorama, z piękną panoramą na góry Rif. Nie było tu klimatyzacji, ale, wpadający przez otwarte okno, wiatr od gór dawał przyjemny chłód. Po południu ruszyliśmy w miasto, które było zdecydowanie gwarniejsze i bardziej zatłoczone niż Asilla. Wędrując uliczkami Medyny nie spotkaliśmy innych turystów, a sama stara dzielnica Tetouanu była rewelacyjna.


Wąskie uliczki, wysokie ściany domów, z pięknie zdobionymi oknami, jak w hiszpańskiej Andaluzji, sekretne przejścia, zaułki i tajemnicze bramy prowadzące do domów. Po brukowanych uliczkach Iga jechała wózkiem, z którego co i raz wyskakiwała by obejrzeć z bliska kolejnego ślicznego kotka.


Dotarliśmy tak na spożywczy souk, potem do żydowskiej dzielnicy, aż wreszcie pod jeden z wielu Pałaców prezydenta. Miasto było bardzo przyjemne, żadnych naganiaczy, samozwańczych przewodników i turystów, tylko prawdziwe życie jednego z Marokańskich miast.

Wieczorem dotarliśmy do hotelu i położyliśmy się po kolacji. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zza otwartego okna, mimo, że nocowaliśmy na czwartym piętrze, zaczynały dochodzić coraz hałaśliwsze odgłosy wieczornego życia. Okazało się, że ta niepozorna uliczka, przy której stał nasz hotel to jedna z tras przejazdowych samochodów, których kierowcy trąbili do trzeciej w nocy. Tłumy Marokańczyków wędrowały nią do późnej nocy, a z głośników sączyła się głośna muzyka…

Następnego dnia rano ruszyliśmy do Szafszawanu… c.d.n.


Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.