Fotografia podróżnicza

Góry Japonii

Japonia większości z Nas kojarzy się zazwyczaj z zabytkami Kioto, tętniącą życiem miejską dżunglą Tokio i kwitnącą wiosną Sakurą – czyli japońską wiśnią. Dla nielicznych Japonia to także wysokie trzytysięczne szczyty, lodowce i oczywiście wulkany.

Wulkany Kiusiu - Park Narodowy Kirishima

Jeżeli ktoś zamierza zobaczyć niesamowite wulkany w tropikalnej scenerii wyspy Kiusiu, powinien odwiedzić Park Narodowy Kirishima.

Do Kagoshimy, portowego miasta na południu wyspy, docieramy po przeszło dwudziestu czterech godzinach rejsu z samego południa Japonii – z Wysp Riukiu. Tam upał ograniczał poruszanie się, nie mówiąc już o górskich wędrówkach. Tu przeszło dziewięćset kilometrów na północ, wcale nie jest lepiej. Temperatura zbliża się do czterdziestu stopni, a przy tym ta wręcz zabójcza wilgotność, blisko dziewięćdziesiąt osiem procent. Cóż, przecież to środek monsunu, więc czego mamy się spodziewać. Tuż nad Kagoshimą dumnie góruje groźny wulkan Sakurajima. Teraz tylko dymiący, lecz często wyrzucający z głębi ziemi bomby wulkaniczne, popioły i gorącą lawę.

Wreszcie docieramy na rozległy płaskowyż Ebino tuż pod majestatycznym, tysiąc siedemset metrowym szczytem wulkanu Karakuni. Pogoda jest tu znacznie przyjemniejsza. Temperatura zbliża się „tylko” do trzydziestu stopni i jest zdecydowanie mniej wilgoci.

Budzik wyrywa nas z głębokiego snu tuż po godzinie szóstej rano. Słońce już wysoko, czas ruszać w drogę. Kilkadziesiąt minut zajmuje nam przejście samego pletau. Mijając rzadki, sosnowy las docieramy do podnóża wulkanu. Nużące podejście wynagradzają widoki. Na horyzoncie rysuje się, w podnoszących się z doliny chmurach wspaniała, wręcz idealna, stożkowa sylwetka wulkanu Koshiki. Jednak największe wrażenie robi wypełniona wodą kaldera wulkanu Onami. Niestety nie jest nam dane nacieszyć się wspaniałą panoramą, gdyż pogoda pogarsza się z każdą chwilą. Ciężkie chmury szybko mkną nad naszymi głowami. Widoczność chwilami spada do zaledwie kilku metrów. Na wierzchołku Karakuni stajemy w towarzystwie kilku turystów japońskich. Szczyt pokryty wulkanicznym pyłem jest ciągłym świadkiem nieujarzmionych sił przyrody. Po kilku godzinach jesteśmy z powrotem przy naszym namiocie.

Na kolejny dzień planujemy mały rekonesans wśród trzech wulkanicznych jezior. Okrąża je malowniczy szlak. Dość wąska ścieżka biegnie niewielkimi wzniesieniami wokół tak zwanego Byakushi-ike, Rokkannon-ike i Fudo-ike. Cały czas towarzyszy nam tropikalna roślinność. Po obu stronach wyrastają wielkich rozmiarów bambusy i dzikie kwiaty. Las ma wyraźną budowę pionową. Bardzo gęste poszycie, a wyżej, już nad naszymi głowami konary egzotycznych drzew. Ścieżka jest wąska i gliniasta. Nogi ślizgają się na mokrej powierzchni. Każdy ruch wymaga od nas dużej ostrożności. Wreszcie docieramy do niewielkiej, lecz bardzo malowniczej świątyni shintoistycznej. Położona w prastarym cedrowym lesie, praktycznie opuszczona i zapomniana, nadaje uroku temu miejscu. Wnętrze, bardzo surowe, pamięta zapewne dawne czasy. To tu, religijni japończycy składają ofiary i proszą o pomyślność w życiu codziennym.

Chûbu - Alpy Japońskie

Daisekei znaczy śnieżna dolina. Nawet w najgłębszych snach nie spodziewałbym się, iż po kilkunastu dniach zmagania się z tropikalną pogodą, czterdziestostopniowym upałem, kilkoma tajfunami i gorącym Morzem Wschodniochińskim zobaczę coś takiego...

Jest chłodny poranek. Powoli zdobywamy wysokość. Wąska ścieżka wije się wśród monstrualnych łopianów, zagajników bambusowych i omszałych kamieni. Wreszcie dochodzimy do czoła lodowca. Długi, szary, głęboko zapuszcza swe cielsko w tropikalną dżunglę. Jesteśmy w sercu Alp Japońskich. Tuż pod potrójnym szczytem Shiroumy – Hakuby.

Po kilku godzinach mozolnego podejścia stajemy na skalnym wierzchołku. Niestety, prócz mgieł wypełzających z doliny i lekko przebłyskującego przez gęste chmury słońca, nic nie widać. Z nadzieją lepszego jutra zaszywamy się w swoich śpiworach. Nasz namiot, rozbity w niewielkiej niecce, tuż pod szczytem Shioroumy daje jednak wytchnienie po trudach kilkugodzinnego, przeszło tysiąc pięćset metrowego podejścia.

Noc nie należy do przyjemnych. Huraganowy wiatr wyje tuż nad naszymi głowami i niestety nie zwiastuje poprawy pogody.

Budzik wyrywa nas z płytkiego snu tuż po czwartej nad ranem. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy wyjrzawszy z namiotu widzimy czarne jeszcze, lecz wygwieżdżone niebo. Nad horyzontem z każdą chwilą przybywa jednak czerwieni. Po chwili, niebo płonące purpurą zachęca by ruszyć w stronę pobliskiego szczytu. Po kilkudziesięciu minutach stajemy na wierzchołku. Takiego widoku nigdy się nie zapomina. Po lewej stronie tuż na wyciągnięcie ręki widzimy niesłychanie głęboką dolinę. To w niej spływa swym wielkim cielskiem lodowiec Daisekei. Pod naszymi stopami, dwa kilometry niżej miasteczko Hakuba jeszcze śpi. Tu na wysokości blisko trzech tysięcy metrów kolejny dzień powoli budzi się do życia. Trochę dalej już na horyzoncie rysuje się cienka i niewyraźna linia Morza Japońskiego. Za naszymi plecami wyłania się oświetlony pierwszymi promieniami słońca główny grzbiet Alp Japońskich od Shiroumy po Karamatsu. Ostry jak brzytwa, skalisty, tylko fragmentami pozwala na odpoczynek. Praktycznie pozbawiony roślinności ma być naszą trasą na najbliższe dni. Nad tym jakże wspaniałym krajobrazem góruje daleko, ledwo widoczny ponad chmurami, majestatyczny Fuji.

Wyruszamy około południa. Ścieżka z początku wygodna zaczyna ostro piąć się do góry na kolejny wierzchołek Shiroumy. Po krótkim odpoczynku rozpoczyna się kolejne zdobywanie wysokości. Zanim następne. I tak aż do wieczora. Widoki wynagradzają jednak tą niekiedy morderczą pracę.

Nigdy bym nie pomyślał, iż będąc tu, w środkowej części Alp Japońskich zobaczyć można śnieg, lód, a temperatura spada poniżej zera. Sześć godzin drogi stąd, w dolinie wciąż panuje przecież monsunowy klimat. Tam upał dochodzi do trzydziestu pięciu stopni, a wilgotność jest bliska saunie.

Kolejny nocleg jest znacznie przyjemniejszy od poprzedniego. Namiot rozbity nad malowniczym jeziorkiem, w pobliżu niewielkiego schroniska Tengu daje poczucie ulgi i bezpieczeństwa. Kolejny dzień ma być dla nas najważniejszą próbą.

Szlak ostro zagłębia się w stronę kolejnej przełęczy. Wątła ścieżka całkowicie niknie w stromych skałach. Każdy nieostrożny ruch może wyzwolić kamienną lawinę lub, co gorsza zepchnąć nas w głęboką przepaść. Pogoda potęguje u nas jednak uczucie niepewności. Gęste chmury wypełzają z doliny. Zatrzymują się na szczęście na ostrym odcinku grzbietu. Tylko niewielkie obłoki, niczym mityczne smoki, próbują się przedrzeć do pobliskiej doliny. Czas ruszać, tym bardziej, iż najbliższy możliwy biwak jest bardzo daleko. Błądząc we mgle i monsunowych chmurach zdobywamy kolejne wierzchołki. Wreszcie pod wieczór postanawiamy założyć obozowisko. Pomimo wygodnej platformy tuż pod szczytem Karamatsu i bliskości schroniska mamy ogromny problem z wodą. Najbliższe źródło znajduje się blisko godzinę drogi w głębokiej dolinie. Wieczorem pogoda zaczyna się stopniowo pogarszać. Gęste chmury zaczynają wypełniać okoliczne doliny. Przy zachodzącym słońcu wygląda to szczególnie pięknie. Z każdą jednak chwilą chmur przybywa, zrywa się wiatr. Kolejne załamanie pogody zdaje się być nieuchronne. Poranek, ku naszemu zdziwieniu okazuje się znów piękny. Tego dnia czeka nas mozolne zejście, blisko tysiącsiedemsetmetrowe do doliny Hakuby. Przygoda z Alpami dobiega końca.

Fuji – san (3776m)

Fuji – dla niektórych wspaniały wulkan, dla innych miejsce pielgrzymek. Dla nas jest kolejnym etapem podczas blisko dwumiesięcznej podróży po Japonii. Etapem koniecznym. Bo jak wytłumaczyć się nie zdobyciem Fuji, będąc tu, w kraju kwitnącej wiśni.

Dojeżdżamy na wysokość blisko dwu i pół tysiąca metrów do miejsca zwanego Fujinomiya, czyli parkingu i niewielkiej restauracji. Tak jak większość zdobywców planujemy zaatakować szczyt jeszcze przed wschodem słońca tak, aby budzący się dzień obserwować z krawędzi krateru. Niestety znów pogada każe nam zweryfikować plany. Do późnych godzin wieczornych wichura nie pozwala nawet „wytknąć nosa” poza drzwi tak zwanej piątej stacji. Gdyby i tego było mało, huraganowy wiatr przegania ciężkie, ołowiane chmury, z których zaczyna padać ulewny deszcz. Rozpętuje się istne piekło. Dzięki temu, iż znajdujemy się na granicy lasu w otoczeniu budynków Fujinomiya, możemy mówić o szczęściu. Inaczej Fuji byłaby dla nas z pewnością „straszną górą”. Szczyt znajdujący się około tysiąc czterysta metrów wyżej pozostaje jedynie w sferze marzeń. Z niepokojem oczekujemy poranka. Czyżby trzeba było wracać pokonanym?

Około godziny trzeciej budzę się z płytkiego snu. Przecieram oczy i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Na niebie ani jednej chmury, słońce leniwie wynurza się znad horyzontu. Poniżej nas spowite chmurami miasta na wybrzeżu Pacyfiku. Niestety huraganowy wiatr nie słabnie. Trudno, teraz szczyt jest bardziej realny. Ruszamy. Droga bardzo wygodna, prowadzi szerokimi zakosami, powoli zdobywając wysokość. Gdyby nie ta wichura i wysokość nad poziomem morza, to na szczyt można by praktycznie wbiec. Teraz trzeba jednak ważyć każdy krok i nie dawać się naporom cyklonu. Podejście tysiąc czterystu metrów powinno nam zająć około sześciu godzin. Nie jesteśmy sami, lecz dzięki załamaniu pogody szlak nie jest tak zatłoczony jak zawsze. O roślinności dawno już zapomnieliśmy. Las skończył się na wysokości dwu tysięcy czterystu metrów, wyżej sięgają bardzo rzadko pojawiające się kępy traw i drobnych krzewów. Cały czas poruszamy się po brunatnym wulkanicznym stoku. Lekkie skały tufowe, podrywane silnym wiatrem wsypują się w każdy zakątek naszego ubrania. Wreszcie po czterech i pół godzinie mozolnego podejścia i zmagań z wiatrem stajemy na krawędzi krateru, na najwyższej górze Japonii – Fuji-san.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia, obejście krateru i zasłużony odpoczynek. Japonia z tej wysokości wygląda zupełnie inaczej. Gęsto zaludnione wybrzeże, statki na Pacyfiku znikające za horyzontem – to wszystko jest zbyt nierealne. Czujemy jak gdyby to wszystko, prawie cztery kilometry niżej było jakąś makietą, a nie tętniącymi życiem miastami. Do Fujinomiyi schodzimy w niecałe półtorej godziny z przyświecającą nam japońską myślą, iż „Raz na Fuji wchodzi mędrzec, a dwa razy głupiec.”

 

Copyright by www.fotografiapodroznicza.pl - Anna i Marcin Szymczakowie. Wszystkie prawa zastrzeżone.